Widać zmiany w przyrodzie, przynajmniej śnieg się topi bo
nocami temperatury zazwyczaj w ostatnich dniach są powyżej 0 st. C. Zima
prawdopodobnie już nie wróci bo zgodnie ze staropolskim przysłowiem „Gdy w
lutym do połowy zima się wysili, to na koniec miesiąca już się nie wychyli.” i
oby tak było. W tym roku zima była normalna czyli i mroźna i śnieżna. W moim
regionie zaczęła się końcem listopada gdzie temperatury spadły poniżej zera i
pojawił się pierwszy śnieg. Pszczoły które przeżyły obleciały się dokładnie 15
lutego. Oczywiście nie na wszystkich pasiekach i podejrzewam, że taki pełny
oblot zrobiła tylko jedna pasieka, w dość dobrze doświetlonym i zacisznym
miejscu. No cóż na koniec miesiąca zapowiadają już dość wysokie temp. bo prognozują
nawet 8 st. C oraz słońce. Przy braku pokrywy śnieżnej otoczenie szybko się
nagrzeje i w słońcu z pewnością będzie powyżej 15 st. C.
Jak się mają pszczoły bez leczenia?
Pszczoły bez leczenia mają się różnie, zdążyłem już to
zauważyć, że kondycja poszczególnych rodzin bywa naprawdę bardzo różna mimo
podobnego stanu wyjściowego i umiarkowanej siły na jesieni. Widocznie każda
rodzina z innym genotypem reaguje na różne presje w inny sposób. Na tą chwilę
nie udało mi się zrobić wglądu do żadnej żywej rodziny. Nie wiem w jakim
konkretnie są stanie. Oceniam je wizualnie po wielkości kłębu, po zachowaniu
pszczół, po czystości w gnieździe itd. Pewnie pierwszy cieplejszy dzień
pozwalający na wgląd do gniazda trafi się w pierwszej dekadzie marca. Za to sprawdziłem
trzy rodziny które nie przetrwały tej zimowli. Na pierwszy rzut oka widać braki
pokarmowe. Sprawdzenie rodzin które nie dały rady przeżyć pozwala ocenić szanse
pozostałych bo jeśli danej rodzinie na tym samym pasieczysku brakło pokarmu i
osypała się z głodu to możemy domniemywać, że pozostałe też mają mało zapasów
lub jadą na oparach. Oczywiście dzięki temu każdą żywą rodzinkę wizualnie od
góry sprawdziłem pod kątem ilości zapasów. Te które miały bardzo mało lub
wchodziły w głód dostały nad głowę ramkę zasklepionego pokarmu. Dziwna sprawa
bo na jesieni wyrywkowe sprawdzenie pokarmu potwierdziło odpowiedni zapas
jedzenia w gnieździe (13-15 kg). Powodów takiego stanu znalazłby pewnie kilka
ale szczerze nie chce mi sią nad tym zastanawiać bo ważne jest to co żyje.
Można wyciągnąć z tego jakąś naukę czyli na jesieni przejrzeć wszystkie rodziny
co do odpowiedniej ilości zapasów albo poważyć ule co wydaje się dość proste do
przeprowadzenia i da nam spokojną głowę, że ilość zapasów jest ok a co z nimi
zrobią pszczoły to już ich wola. Przecież nikt matką pszczelim nie każe czerwić
do grudnia… !
O nadziejach.
Mam dziwne przeczucie, że sezon 2017 będzie decydującym
jeśli chodzi o przetrwanie rodzin bez leczenia. Trzeba nastawić się na
konkretne podziały czyli model ekspansji pełną gębą. Nadzieje daje to, że po
dość mroźnej zimie sezon może okaże się łaskawy jeśli chodzi o pożytki i o
pogodę dla młodych matek do unasienniania. Poprzedni sezon jeśli chodzi o
hodowlę matek wspominam jako chyba najgorszy w historii. Matki nie chciały się
hodować!Na tą
chwilę z pobieżnych wglądów do rodzin pszczelich żyje na pasiekach 34 rodziny.
Jesienią w listopadzie było ich 45 a więc od listopada do końca lutego ubyło 11
rodzin. Jest to dość dobry wynik i daje duże nadzieje na nadchodzący sezon.
Obawiam się nadchodzącego sezonu z kilku powodów. W poprzednim sezonie miałem
do dyspozycji potężny arsenał ramek z suszem, ramek pustych, korpusów, dennic,
daszków, ogromne ilości pokarmu i sporo szczęścia. W tym sezonie mogę utknąć
logistycznie czyli braknie mi podstawowych elementów takich jak ramki, skrzynki
odkładowe oraz nie mam prawie wcale ramek z pokarmem które dla młodych rodzin
są zbawienne na samym początku. Liczę za to na udany sezon i dopływ pokarmu w każdym
miesiącu od połowy marca do końca września. Obawiam się również słabego rozwoju
i tzw. „stania w miejscu” większości rodzin. Jeżeli ta słabsza część nie będzie
większa niż połowa rodzin to powinno być dobrze i podziały zostaną
przeprowadzone dość sprawnie. Na tą chwilę nie mam jeszcze konkretnego planu
przeprowadzenia podziałów ale prawdopodobnie zastosuje metodę którą
przetrenowałem w poprzednim sezonie. Będę zostawiał ramkę z czerwiem i starą
matką na starym miejscu a resztę rodziny przestawiał w inne miejsce aby lotna
pszczoła naleciała się na czerwiącą matkę. Następnie po 9 dniach reszta rodziny
zostanie podzielona na kilka odkładów z matecznikami które same sobie
odciągnęły… Oczywiście pociągnę też kilka serii matek hodowlanych dla
podtrzymania umiejętności przekładania larw i zapewnienia sobie rezerwy matek w
razie nie powodzeń a wiem, że niepowodzenia w unasiennianiu będą zawsze.
Te co padły
Dokładnie jeszcze nie wiem które konkretnie rodziny padły
ale z pamięci oceniam, że około połowy rójek z 2016 roku niestety nie dotrwało lutego.
To jest dopiero porażka całego pszczelarstwa aby rójki które w danym roku w
maju wychodziły z ula i osiadały na nowym gnieździe odbudowanym praktycznie na
dziko nie dawały rady przetrwać 10 miesięcy? Ktoś powie, że nie ma nic
zdrowszego niż rójka i ma rację, jednak nie każda rójka będzie mogła przeżyć
bez leczenia tak samo jak i nie każda pszczoła przeżyje bez leczenia jednego
pełnego sezonu. No cóż będę powtarzał to bez końca to tylko świadczy o tym jak
słabe mamy pszczoły.
Mam wrażenie, że temat pszczół bez leczenia nigdy nie
zostanie wyczerpany, a cały czas wymaga dokładnego wyjaśniania i określania
pewnych dość oczywistych i prostych zasad… Te zasady mimo, że opisane już
wielokrotnie w różnych artykułach przez ostatnie dwa lata za pośrednictwem Wolnych Pszczół dalej dla niektórych wydają się ideologiczną propagandą o
masakrowaniu pszczół…
No cóż, nie wypada nic innego robić jak zacząć kolejny raz
opisywać wszystko od początku i przedstawić swój punkt widzenia i swoje
priorytety, które wbrew pozorom nie są wrogie dla innych pszczelarzy a mogą, i
im w pewnych sprawach pszczelarskich pomóc lub zachęcić do własnych prób. No bo
cóż my pszczelarze możemy więcej wiedzieć niż wiedzą same pszczoły. Naprawdę…
obserwując naturalne zachowania pszczół, w ich nie skrępowanych gniazdach gdzie
mogą budować jak chcą i nie muszą się martwić, że zostaną wyrabowane, i na zimę
poukładane według pszczelarza można dopatrzeć się genialnych, zaplanowanych i
całościowych ruchów…
Zacznijmy od najważniejszego czyli od pszczół…
Na pierwszym miejscu muszą stać pszczoły, nie pszczelarz,
nie system gospodarki, nie pozyskiwane ilości miodu i innych produktów, tylko
rodzina pszczelarza jako całościowy organizm który dąży do przetrwania…
Kiedy odrzucimy ekonomię czyli priorytet zarabiania na
pszczołach zrozumiemy proste zasady jakim rządzą się prawa przyrody i selekcja
naturalna. Bez przyjęcia strat i odrzucenia dochodu na początkowym etapie nie
będziemy w stanie pomyśleć o pszczołach inaczej niż dotychczas. Dlaczego o tym
piszę? Ponieważ, pszczelarze prawie zawsze chcą miodu tylko dla siebie i
rodziny ale później pewne nadwyżki warto byłoby sprzedać a za zarobione
pieniądze poczynić inwestycję i rozbudować pasiekę… Wszystkie te działania są
jak najbardziej w porządku i w większości przypadków robiłem i robię podobnie.
Jednak wszystkie te działania sprowadzają się do czynnika ekonomicznego i
zbilansowania pasieki w przeciągu 1-2 sezonów. Prawie nikt nie myśli o
długofalowym planie dla własnej pasieki a już naprawdę mało osób pozwoli sobie
założyć w planie jeśli go mają, okresy z dużymi stratami w pszczołach i
poniesionymi przez to kosztami. Takich rzeczy nigdy się przecież nie zakłada bo
i po co? Pszczoły umierają leczone i umierająnieleczone… Co jakiś czas nawet pszczoły skrupulatnie leczone zaliczają
duże straty na pasiekach… kwestia tylko czasu i napiętrzenia się problemów.
Mimo dużych strat i tak nic pozytywnego z tego nie wynika, ponieważ pszczelarze
zazwyczaj przykładają się jeszcze bardziej do leczenia czyli kupują nowe leki,
sięgają po mocniejsze środki itd. Prawie zawsze kupują nowe pszczoły, nowe
lepsze matki repredukcyjne. Ponieważ okazuje się, że te co mieli do tej pory
nie były dobre na ich terenie i dlatego padały jak muchy… Prawie nikt nie
zastanowi się aby z tych pszczół które przeżyły wybrać kilka rodzin i rozmnożyć
je na własnych matkach. Może znajdą się rodziny które żyją dłużej niż jeden
sezon…? Pszczelarze piszą, że u nich rodziny żyją i żyją tak długą jak pszczelarz
chce… ale zapominają dodać, że co roku lub góra co dwa lata każda rodzina ma
wymienioną matkę na nową pochodzącą od lepszych pszczół czyli od nowej Rep.
Niestety jest to selekcja na nieprzystosowanie…
Wracając do prostych sprawa. Pszczoły potrzebują czystego
wosku w swoim gnieździe. Gdzie znajdziemy czystszy wosk niż naturalnie
zbudowany plaster przez rodzinę pszczela? Nie ma innego czystszego wosku niż
wosk który pszczoły same wyprodukowały. Można przyjąć zamknięty obieg wosku u
siebie w pasiece i przerabiać go na węzę lub paski węzy tak aby pszczoły mogły
też część komórek stworzyć według własnego wzoru i potrzeby w danym momencie…
Nie spotkałem się jeszcze z badaniem dotyczącym roli poszczególnych pszczół
wygryzionych z różnej wielkości komórek w rodzinie pszczelej, a może każda
jedna pszczółka która tworzy kolonię pszczelą i wygryzła się z komórki o różnej
wielkości ma też różne zadania do wykonania w ulu… Czy ktoś to kiedyś badał i obserwował?
Na tą chwile wiadomo tylko tyle, że komórka 5,4 mm nie jest wiodącą komórką
budowaną na pszczoły robotnice a została sztucznie wprowadzona do pszczelarstwa
w celach czysto ekonomicznych. Więcej na ten temat piszę tutaj: "O tym jak chciano powiększyć pszczołę"Wiadomo również, że komórka 4,9 mm i
wygryzające się z niej pszczoły mają zwiększone instynkty higieniczne… Co z
resztą wielkości komórek? Jakie zadania będą miały pszczoły wygryzione z
komórek 4,7-4,8 mm bo i takie się zdarzają? Jakie zadanie będą mieć pszczoły
wygryzione z komórek 5,0-5,2 mm? Różnorodność komórkowa w naturalnie budowanym
plastrze pszczelim nie jest według mnie przypadkowa a pszczoły w danym
momencie, okresie budują takie komórki jakich najwięcej potrzebują. Potwierdza
to prosty przykład budowania komórek trutowych w okresie dojrzałości
biologicznej rodziny pszczelej. Młode pszczoły wygryzione w czystym plastrze
bez pozostałości chemicznej będą zdrowsze, będą dłużej żyć i lepiej opiekować
się następnym pokoleniem pszczół. Jest to tak proste że nie da się tego inaczej
rozpatrywać a kto twierdzi, że węza kupiona w sklepie nie ma najmniejszego
znaczenia to srogo się myli…
Często słyszę, że przecież pszczoły przeżyją bez leczenia
2-3 sezony bez specjalnych zabiegów a na następny sezon padną… Może dawniej tak
było ale spróbuj zrobić to teraz, w tej chwili… Na wiosnę po oblocie wytypuj
5-10-15-20 rodzin i zostaw je bez leczenia w takim stanie w jakim do tej pory
bytowały… traktuj je tak jak wszystkie inne rodzin w pasiece, możesz nawet
wywieźć je na inne pasieczysko a jesienią tego samego roku daj znać co u nich
słychać a jeśli przeżyją to podziel się o tym fakcie na wiosnę, jak się mają i
czy te 2-3 sezony dalej są takie proste i oczywiste… Otóż okazuje się, że nie
jest to takie łatwe a już często 6 miesięcy licząc od wiosennego oblotu bez
leków jest dla takich rodzin nie do przeskoczenia… Wtedy winą obarcza się
wszystko do około włącznie ze środowiskiem w którym żyją i uznaje się, że jest
to rzecz niemożliwa do przeprowadzenia. Wystarczy sobie zadać wtedy proste
pytanie czy dałem pszczołom szanse na przeżycie?
Czy zapewniłem im czysty wosk? Czy pozwoliłem im na
budowanie własnych plastrów? Czy ul w którym bytowały od lat nie był traktowany
chemią przez wcześniejsze sezony? Czy pszczoły w tym ulu chodź ze dwa sezony
miały szansę na zapoznanie się z okolicą i zetknięcie się z miejscowymi
patogenami? Czy pszczoły zdążyły poznać miejscową bazę pożytkową? Czy miały
szanse zimować na miodzie w którym była spadź? Czy matki zdążyły przekrzyżować
się lokalnie z wolnego lotu?... a to tylko cześć pytań…
Jeżeli na któreś z tych pytań nie będę znał odpowiedzi lub
będzie to odpowiedź negatywna to mogę być pewny, że większość pszczół padnie do
zimy a kolejne padną w trakcie zimowli. Jest jednak nadzieja, o ile nie obleci
mnie strach, żal, rozgoryczenie i nie stchórzę…w postanowieniu nie leczenia pszczół, że na wiosnę z tych które przeżyły
będę mógł rozmnożyć pasiekę do pierwotnego stanu a co najważniejsze z pszczół
które nie miały zapewnionych sprzyjających warunków wyprowadzę silniejsze,
zahartowane pszczoły obeznane z okolicą, patogenami i prawdopodobnie posiadające
umiejętności przydatne na danym terenie… Wtedy docenię proste i logiczne
powiązania i inaczej spojrzę na pszczoły które posiadam we własnych ulach.
Śmierć rodziny nie oznacza końca życia… w takim ulu
pozostaje jeszcze masa innych stworzeń które również składają się na całość
ekosystemu ulowego. Mało o tym wiemy ale z pewnością mogę stwierdzić, że
wprowadzanie do ula obcej substancji zaburza, zabija i niszczy życie ulowe na
różnych poziomach i na długo pozostawia negatywny ślad.Przyroda nie pozwala na pustkę i śmierć
jednych jest początkiem kolejnych. Oczywiście pszczelarzom zależy tylko i
wyłącznie na przeżywaniu pszczół obojętnie jakich… promują słabe, sztuczne, nie
przystosowane geny ciągłą pomocą i ratowaniem rodzin pszczeli które powinny
umrzeć nie przekazując dalej swoich genów. Przy okazji umierania rodzin
pszczelich, nie doszukujmy się jakiegoś klucza, czy zależności i powiązań.
Zazwyczaj umierają te które nie potrafią na danym terenie „po uwolnieniu”
(patrz pytania) sprostać otaczającym je zagrożeniom a mogą to być patogeny,
wirusy, nadmierne ilości warrozy i różnego rodzaju inne przyczyny o których nie
mamy bladego pojęcia. Jeżeli chcemy rzetelnie mówić o pszczołach bez leczenia
to jak inaczej to sprawdzić niż poprzez zaprzestanie leczenia? Jest inny sposób?
Warto wtedy uświadomić sobie fakt umierania i przeżywania tych które albo się
nadają albo miały szczęście a nasze działania nie pogorszyły ich stanu. To nam
zapewnia zazwyczaj pierwszy i drugi sezon… Każdy kolejny sezon i liczba rodzin
które przeżyły będzie nam pokazywał czy się da czy się nie da na zasadach w
których pszczoły żyją na czystych, własnej budowy plastrach. Bytują na danym
terenie już któryś sezon. Matki unasienniają się lokalnie i żyją tak długo jak
zdecydują o tym pszczoły i inne okoliczności a pszczelarz nie będzie miał na to
wpływu. Reguły są proste. Pozwolić pszczołom na własne decyzje, pozwolić pszczołom
na naturalne instynkty w tym podstawowy instynkt rozmnażania się aby przetrwać.
Oczywiście można dopasowywać to co już wiemy i umiemy robić przy pszczołach w
normalnej gospodarce pasiecznej. Przecież odpowiedni podział rodziny możemy
przeprowadzić w okresie naturalnego pędu do rójki. Możemy wtedy wykonać odkład,
pakiet i cokolwiek sobie wymyślimy z rodziną pszczelą w taki sposób aby
odniosła wrażenie, że część roju opuściła stare miejsce i dokonał się naturalny
podział.
Często podejmowana jest dyskusja na temat współistnienia
Pszczół i Warrozy. Otóż przykładów na takie współistnienie w świecie jest już
dość sporo a liczba pszczelarzy którzy nie leczą ciągle rośnie. Zarzuty
dotyczące poszukiwania pszczoły idealnej, doskonałej są formułowane albo złośliwie
albo z braku zrozumieniaczy niewiedzy
na temat pszczelarstwa naturalnego czy bez leczenia. Otóż nikt nie szuka
pszczół cudownych które pozwolą nam prowadzić wydajne i dochodowe pasieki na
takim poziomie jak obecnie, nikt nie dąży do takich pszczół… Wszystko jest albo
źle zrozumiane albo celowo przekręcane aby ośmieszyć, wykpić i zdyskredytować
drugą stronę. Fakty są takie, że pszczoły i warroza sobie poradzą i wpływ
jednych na drugich będzie na bezpiecznym poziomie dla pszczelarzy czyli warroza
nie będzie stanowiła głównego zagrożenia. Oczywiście tak samo dzieje się w
przypadku wirusów, patogenów i innych zagrożeń z którymi pszczoły się stykają i
wypracowują własne zachowania obronne poprzez zwiększoną odporność jaki i inne
czynniki o których jeszcze nie wiemy. Głosy ze środowiska pszczelarskiego na
ten temat są różne ale przeważają poglądy, że pszczoła nie zdąży przystosować
się do warrozy i okres 5-10 lat jest nierealny i zbyt krótki na wypracowanie
równowagi. Jednak w przyrodzie na co dzień zachodzą takie procesy o których nie
mamy pojęcia i często nie zdajemy sobie sprawy a na naszych oczach dochodzi do
zmian ewolucyjnych…
Zacytuje częśćwywiadu (niektórzy może już czytali) z prof. Janem Kozłowskim o tytule: „Ewolucja jak
trzeba to przyspiesza”.
„-Twierdzi Pan, że procesy ewolucyjne zachodzą znacznie szybciej, niż
kiedyś myślano. Powszechne przekonanie jest takie, że ewolucja następuje bardzo
powoli.
- Bo jest i tak, i
tak.Wyobraźmy sobie taką cechę jak
rozmiar ciała. W środowisku w miarę stabilnym, w którym zmiany praktycznie nie
zachodzą, dany gatunek może przez setki tysięcy lat zachowywać podobny rozmiar
ciała optymalny z własnego punktu widzenia, czyli taki, który pozwala w ciągu
zycia pozostawić możliwie najwięcej potomstwa.
-Jeżeli zmienią się warunki środowiska i do wydania potomstwa
korzystniejsze będzie np. powiększenie ciała?
- Wtedy ewolucja
przebiega bardzo szybko. Niekiedy wystarczy kilka czy kilkanaście pokoleń, co w
przypadku niektórych gatunków może być krótkim odcinkiem czasu z punktu
widzenia człowieka, by istotnie zmienić swój rozmiar ciała. Takie zachowania są
sednem ewolucji. Ona wybiera to co jest w danym momencie najlepsze i szybko
działa. A jeśli nie ma potrzeby to nawet przez miliony lat nie działa lub w
znikomym zakresie.
-Czy ewolucja kieruje się myśleniem?
-Nie. Jej
funkcjonowanie można w uproszczeniu porównać do ruchu samochodowego w
zakorkowanym mieście. Na ogół samochód stoi na światłach lub porusza się
ślamazarnie, ale od czasu do czasu przyśpieszy, pokonując w krótkim czasie
dłuższy odcinek. Średnia wychodzi niska. Sporo można podać przykładów ewolucji
zachodzącej na naszych oczach.
- Na przykład?
- Mamy powrót wszawicy
w szkołach, chodź wydawałoby się, że wszy zostały wytępione.
- Dlaczego wróciły?
- Bo uodporniły się na
środki owadobójcze. Inny przykład: najlepsze hotele na całym świecie mają
problem z pluskwami. Przyczyna jest taka sama. Przeżyły takie odmiany wszy czy
pluskiew, których nie niszczą dotychczasowe środki owadobójcze. Od pewnego
czasu mamy natomiast wielki problem z tzw. opornością bakterii na antybiotyki.
Najłatwiej zarazić się w szpitalach. Tam stosuje się najwięcej antybiotyków, w
efekcie czego bakterie, np. gronkowca złocistego, nie reagują na żadne
antybiotyki. Analogicznie jest z gruźlicą która po kilkudziesięciu latach
wróciła i jest oporna na antybiotyki.(…)”
To tylko fragment wywiadu dlatego proponuje zapoznać się z
całością a najlepiej poczytać inne teksty profesora. Nie będę wyciągał wniosków
z tego krótkiego fragmentu wywiadu ale niech każdy sam zinterpretuje go tak jak
uważa. Czasami warto dopuścić do głowy myśl, że obok nas dzieje się coś
naprawdę dużego, i że pewne zmiany zachodzą bez naszej świadomości.
Ostatnio znowu przeczytałem ciekawostkę która pasuje do
tematu ewolucyjnego przyśpieszenia. Otóż australijscy specjaliści z University
of Notre Dame w Sydney odkryli, że papugi mają dłuższe skrzydła. W przeciągu 45
lat skrzydła papug z gatunku rozella czarnogłowa wydłużyły się średnio o 4-5
centymetrów. Uważają, że spowodowane jest to globalnym ociepleniem.
„Gdy jest wyższa temperatura powietrza, kończyny zwierząt
stają się większe. Pomaga to ptakom usuwać do otoczenia nadmiar ciepła z
organizmu. Dzięki temu gatunek ma większe szanse na przetrwanie, pomimo
zmieniających się warunków zewnętrznych.”
Dlatego zachęcam
wszystkich do opisywania swoich poczynań z pszczołami. Ja lubię używać słowa
„współpracy” z pszczołami bo coraz bardziej podoba mi się wizja pszczelarstwa z
doskoku czyli pszczoły żyją na dziko a ja tylko przeszkadzam im co jakiś czas. Pasożytnictwo jakoś mi nie pasuje ;)
Oczywiście, zaraz w głowie zaświeca mi się „żarówka” czy
warto to dementować? Czy warto wchodzić w dyskusję z ludźmi których nie znam i
nigdy nie miałem okazji poznać. Pewnie to normalni i ciekawi pszczelarstwa
ludzie, szukający innych metod, innych rozwiązań, innego spojrzenia na sprawę atylko dostali złe informacje…? ale znowu
wraca do mnie ta „żarówka”…. Kurcze przecież tylko winny się tłumaczy
hehe…wybuchnąłem śmiechem i śmiałem się
dość długo… bo nigdy w życiu nie spodziewałbym się plotek na swój temat
powiązanych z pszczołami… zwłaszcza, że na blogu praktycznie już od 4 lat umieszczam
na bieżąco informacje…
Otóż z Fb korzystam bardzo rzadko a jako platforma do
dyskusji jest dla mnie całkowicie nie do przyjęcia… z chęcią mógłbym o tym
wszystkim opowiedzieć przy kawie, przy kawie z czymś słodkim… przy „bimbusze”
(ostatnio częste słowo na WP) itd. Nawet u mnie na pasiece co oczywiście
proponuje już w maju… przy śpiewie ptaków, i dźwięcznym bzykaniu pszczółek…
Pokaże to co mam, i w jakim będzie stanie, bez oszukiwania i
kłamania jak mi niektórzy już zdążyli to zarzucić, może nie wprost… ale między
wierszami idzie wyczytać o co chodzi…
Otóż wykładając kawę na ławę… pszczelarze dość krótko bo od
2011 roku w pasiece własnej. W 2009 roku miałem już kontakt z pasieką i ulami
ale byłem tylko obserwatorem, bardziej zbierałem i zapamiętywałem wzrokowo niż
praktycznie żonglując ramkami. Nie mam tradycji rodzinnych pszczelarskich,
chodź wszystko zaczęło się od dziadka mojej żony, czyli wychodzi na to że od
żony… :)
Otóż pierwsze lata własnej pasiecznej współpracy z
pszczołami to typowe działania nowicjusza… tylko 2-3 ule,góra 5 i koniec, nic więcej a miód na własne
i rodziny potrzeby…
Oczywiście jak u każdego plany te uległy zmianom i z każdym
rokiem pojawiały się kolejne ule, nowe miejsca pod pasieki itd.
Początki mojego kontaktu z pszczołami to stosowanie się do zaleceń
starszych kolegów, bardziej doświadczonych. Wykonywałem z wielką dokładnością
ich zalecenia oraz wszelkie uwagi starałem się przenosić na swoje pszczoły w
pasiece. Oczywiście spłynęła na mnie również zalecana walka z głównym wrogiem
pszczelarzy, roztoczem Warrozą… Walczyłem z nią książkowo tak jak przystało na
pszczelarza czyli stosowałem akarycydy a dokładnie spalałem tabletki z
amitrazą. Już teraz nie zbyt dokładnie pamiętam w jakim układzie to spalanie
się odbywało ale chyba odprawiałem popularny zabieg 4x4 jaki w tamtym czasie
był zalecany…. Niestety już wtedy na forach mówiło się o dużym problemie
Varrozy i dużych spadkach rodzin nawet w trakcie sezonu… Rok 2011 zakończyłem z
tego co pamiętam z ilością 7 rodzin.
Rok 2012 okazał się przełomowy w moim pojmowaniu pszczół,
pszczelarstwa i całości związanej z leczeniem, wtedy pierwszy raz miałem okazje
obserwować jak moje pszczoły słabną w sezonie mimo odprawionego rytuału
leczniczego… Do zimy doprowadziłem kilkanaście rodzin (około 18-20) ale wiedziałem,
że nie są w idealnej kondycji więc przez zimę obmyślałem plan pomocy rodzinom
na następny nadchodzący sezon… Całą zimę szukałem informacji dotyczących
warrozy, odporności pszczół, systemów gospodarki która pozwoliła by przeżyć
moim pszczołom i dać możliwość podbierania miodu… Natrafiłem na pszczołę Elgon
ze Szwecji…Informacji było bardzo dużo
ale jeszcze nie potrafiłem wszystkiego dokładnie przetworzyć aby móc to
spożytkować na swoich pszczoła… Wtedy wpadła do mnie mała komórka, czysty
własny wosk i pszczoły radzące sobie z V. oraz tymol lek pochodzenia
naturalnego który według mnie okazał się najłagodniejszym lekiem który mogłem
użyć aby ograniczyć warrozę w rodzinach pszczelich a jednocześnie za bardzo nie
zaszkodzić samym pszczołom. Wtedy myślałem, że znalazłem to co chciałem… Po
zimie 2012/2013 poniosłem duże straty i na wiosnę zostałem chyba z 11
rodzinami. Już wtedy sobie uświadomiłem, że mimo leczenia pszczoły umierają. W
sezonie starałem się odrobić straty. Zrobiłem sporo nowych rodzin, dokupiłem 4
pakiety i złapałem roje. Do zimy doprowadziłem około 25 rodzin…
Sezon 2014 rozpocząłem z 24 rodzinami. Zacząłem wdrażać do
pasieki nowe pszczoły, nowe geny radzące sobie z warrozą, małą komórkę i cały
system Dee Lusby… W sezonie a był to bardzo udany rok powiększyłem pasiekę,
która w szczytowym momencie liczyła 40 rodzin pszczelich. Nauczony i przekonany
o tym, że siła rodziny jest gwarantem sukcesu przed zakarmieniempołączyłem słabsze rodzin i do zimy poszło 33
pszczele kolonie… Był to również ważny rok bo wtedy postanowiliśmy
zapoczątkować grupę pszczelarstwa naturalnego, która przekształciła się na
wiosnę w Stowarzyszenie Pszczelarstwa Naturalnego Wolne Pszczoły… Było to
dokładnie 2 lata temu bo grupa zawiązała się 2 grudnia 2014 roku…
Po zimie 2014/2015 do oblotu zameldowało się 31 rodzin i
wszystko nabrało innego rozpędu co z resztą widać jak na dłoni po moich wpisach
na blogu… Analizując wszystkie wpisy od początku powstania bloga można odszukać
informację jak to wszystko przebiegało, jak zmieniały się moje poglądy na spraw
pszczelarskie, jak odmieniały się priorytety itd. Nic nie zmieniam a wszystko
pozostaje w takim stanie jakim było pierwotnie aby można było zobaczyć
prawdziwy etap przejścia do pszczół bez leczenia…
Dlatego rok 2014 okazał się ostatnim rokiem w którym użyłem
na młodych rodzinach 4-5 g tymolu…
Zmiarkowałem się, że podobny wpis już poczyniłem na blogu o
tutaj:Rachunek sumieniaale
postaram się ten wpis zamieścić aby informacja była klarowna...i uczciwa.
Szczęście i same pszczoły chciały,że z tego okresu zostały 3 rodziny o których
już wspominałem we wcześniejszych wpisach. Dodatkowo nie tylko przetrwane
rodziny zapewniły ciągłość danych linii ale również setki jak nie tysiące
wydanych trutni z rodzin które miałem na pasiekach a pozwalałem na
wyprowadzanie bardzo dużych ilości trutni, ponieważ nie wycinam czerwiu
trutowego a w okresie unasienniań celowo rodzinom dodawałem ramki trutowe.
Dlatego okolica została dostatecznie nasycona trutniami pochodzącymi z moich pasiek.
Podsumowując
Pasiece Łapa jeszcze nie przytrafiło się aby wszystko padło…
chodź nie wykluczam, że taki czas kiedyś może nadejść i odpowiadając na kolejny
zarzut, „że pewnie zaczyna wszystko od początku”… to muszę jasno napisać, że
nawet jakby mi pasieka całkowicie padła to dzięki Stowarzyszeniu „Wolne
Pszczoły” zaczynanie od początku nie będzie miało miejsca bo koledzy wspomogą,
każdegoczłonka rodzinami nieleczonymi….
Tak wyglądał cyklżycia i śmierci pszczół u mnie na pasiekach. Kolor czerwony to okres
akarcydowy, kolor niebieski to okres tymolowy, kolor zielony to okres bez
leczenia w nawiasach straty rodzin…
2011 - 7
2012 – 7/20 (9)
2013 – 11/25 (1)
2014 – 24/33 (2)
201531/61 (51)
2016 10/47
2017 ?/?
Na koniec
jeszcze zaznaczę, że ilości rodzin mogą nie być w 100% dokładne i różnić się na
zasadzie +/- jedna rodzina… dokładniejsze dane i bardziej szczegółowe odnośnie
rodzin znajdują się w starszych wpisach na blogu.
Chyba ostatnie ciepłe dnie przed miesiącami zimowej pogody
właśnie przeminęły. Rodzinki które dokonały oblotów skorzystały z pogody aby
ostatni raz przed wiosennym rozbudzeniem rozprostować skrzydełka, oczyścić się
a może i nawet posprzątać sobie w ulu. Niestety nie mogłem być na wszystkich
pasiekach ale zakładam, że tam gdzie słońce ogrzało ścianki ula pszczoły
zrobiły obloty. Wykluczam tylko pasiekę w lesie, tam słońce o tej porze roku
prawie w cale nie dochodzi a jak rzuci promienie na ścianki to i tak
temperatura nie pozwala na opuszczenie przez pszczoły uli. Miejsce tej pasieki
jest najbardziej „zimne” czyli pszczoły najwcześniej tam kończą czerwienie a
wiosną najpóźniej ruszają z rozwojem. W sumie cieszy mnie taki stan i chyba tak
to powinno wyglądać w naturalnych siedliskach leśnych pszczół. Długa przerwa w
czerwienia jest dla pszczół korzystna i to nie tylko ze względu na ograniczony
dostęp Varroa do czerwiu pszczelego ale również dla kondycji samych pszczół.
Młode pszczoły nie musiały karmić dodatkowego czerwiu, miały więcej czasu na
prawidłowe odżywienie własnego organizmu.
W lesie stacjonuje 9 rodzin o różnych genach. Mam tam fajne
połączenie rodzin. Dwie stare rodziny z linii „żółtej” która pochodzi od
buckfasta i 3 młode rodziny z matkami córkami. Są tam jeszcze AMM oraz matki
córki po P8 o pochodzeniu primorskim… Czyli w sumie 3 całkiem różne linie
pszczół. Co prawda wszystkie te matki są już przekrzyżowane miejscowo bo
niektóre już są F3 i F4 ale jednak mają różne pochodzenia. Do wiosny w lesie
jeszcze daleko bo pierwsze takie loty po pyłek rozpoczynają się zazwyczaj w
połowie kwietnia… a więc i rozwój wtedy rusza na całego. Prawdopodobnie przerwa
w czerwieniu spokojnie wyniesie około 6 miesięcy… Zauważyłem, że z każdym
przekrzyżowaniem, każdym zmieszańcowaniem lokalnym i nastąpieniem kolejnego
pokolenia pszczół rodziny te dostosowują się do warunków w jakich bytują w
bardziej optymalny sposób niż dotychczas to wyglądało na pszczołach
komercyjnych a zwłaszcza tych o intensywnym czerwieniu. Rodzinki takie potrafią
ograniczyć czerwienie, zmniejszyć się ilościowo i dzięki temu zebrać
odpowiednie ilości pokarmu we własnym zakresie bez pomocy cukrowej pszczelarza…
Podejrzewam, że proces ten będzie postępował i pszczoły coraz lepiej będą
reagować na warunki środowiskowe do tego stopnia, że będą potrafiły przewidzieć
okresy głodu w trakcie sezonu lub po prostu przetrwać na ograniczonych
zasobach. Zobaczymy w którą to stronę będzie podążać. Nie zakładałem, że
przysłowiowe „skundlenie” tak szybko będzie następować i odkrywać coraz to
bardziej ciekawe zachowania pszczół. Co ciekawe, zdecydowanie stwierdzam
większe ilości kitu w gniazdach pszczół, może to zapowiedź srogiej zimy i taki
„rok” ale podciągnąłbym to bardziej pod uaktywnienie się pierwotnych instynktów
radzenia sobie z patogenami i innym zagrożeniami zewnętrznymi. Chodź z drugiej
strony bardzo rojny rok też może oznaczać srogą zimę i przetrzebienie
populacji. W mojej krótkiej historii pszczelarzenia nie doświadczyłem jeszcze
tak rojnego sezonu jak ten. Bardzo duże ilości zgłoszeń o pszczołach muszą w
pewnym stopniu wskazywać na obecność jakiejś dzikiej populacji miejskiej… ?
Dlaczego miejskiej? A no dlatego, że większość czyli jakieś 90% zgłoszeń to
tereny miejskie a w tym pustostany, zakrzaczenia itd. Do obserwacji zostawiłem
3 rodziny z którymi nie poradziłbym sobie w prosty i łatwy sposób bez strat w
pszczołach. Pozostały tam gdzie je zastałem a że nie przeszkadzały nikomu więc
prawdopodobnie przetrwają zimę i na przyszły rok znowu wydadzą roje. Bardzo
mnie to ucieszyło i będę oczekiwał aby zobaczyć te pszczoły już wiosną w lotach
za pyłkiem.
Co mi się jeszcze przypomina po sezonie?
Będę chciał zapisać to, na co zwróciłem uwagę lub gdzieś mi w
sezonie przemknęło.
Matki pszczele. Tak w tym sezonie miałem z nim spory kłopot.
Nie robiłem dużo i dużych serii bo zliczając jeszcze jakieś próbne może
wyszłoby tego około 6 poddań do rodzin wychowujących. Mówię zdecydowanie o
matkach które chciałem wychować celowo z przełożonych larw itd. Chciałbym to
zrzucić na błędy własne, czyli źle przełożone larwy itd. ale nie mogę tego
zrobić ponieważ przekładam już jakiś czas i w poprzednich sezonach nie miałem
takich problemów. Praktycznie z każdą serią były jakieś kłopoty. Najgorsze było
to, że pszczoły mimo osierocenia i tak nie chciały ciągnąc mateczników na
obcych larwach w miseczkach matecznikowych. Pierwsze dwie serie nie wypaliły w
całości… dosłownie zero odpalonych mateczników. Kolejne też nie było rewelacji
bo z 20-22 poddanych larw zostawało do zasklepienia mateczników od 2 do 12…
dziwny sezon lub pszczoły ewidentnie nie chciały odchowywać obcych larw. Za to
matki utworzone przez pszczoły z mateczników rojowych (tych wykorzystałem góra
5) i większość z mateczników ratunkowych unasieniały się prawie w 100%... ot
pszczoły pokazały jak to się robi… Nie mniej jednak będę dalej starał się
hodować matki bo w sezonie są na wagę złota a ich nadmiar nigdy nam nie zbywa
bo byle ramka z pszczołami i trochę pokarmu tworzy nową mikro rodzinkę którą na
koniec sezonu możemy zagospodarować jak chcemy. W tym sezonie nie uruchomiłem
seryjnych ulików weselnych z racji małej ilości pszczół z wiosny i dużych
podziału. Miałem utworzone 4 ulik tylko które funkcjonowały jako koło zapasowe
a nie cykliczna produkcja unasiennionych matek… Na przyszły sezon będę chciał
to zmienić o ile zimowla i wiosenny oblot pokarzą, że się da a chętnych na
matki raczej nie zabraknie…
Lina żółta. Wrócę do tych pszczół bo mam dwie córki siostry
które prawdopodobnie pochodzą od jednej matki (90%). To są te pszczoły które
stacjonują w lesie. Już od wiosny pokazały swoją wartość i chęć przetrwania.
Mimo kłopotów z kuną ta jedna malutka rodzinka dźwignęła się i pięknie poszła w
rozwój. Udało mi się od nich w sumie wykonać7 nowych rodzinek z czego jedna poszła do kolegi Mariusza w ramach fort
knox. Byłem zadowolony z rozwoju młodych rodzin ponieważ przeważnie wykazywały
identyczne cechy przy obsłudze jak rodziny wyjściowe czyli ładnie zwarcie
czerwiły, chętnie budowały nowe plastry, znosiły bardzo dużo pyłku i były
łagodne. Na marginesie są to najłagodniejsze pszczoły w mojej pasiece. Będę je
obserwował w nadchodzącym sezonie i liczę na przeżycie rodzin matecznych L1 i
L2 ponieważ matką stuknie 4 sezon życia co również będzie bardzo fajnym małym
sukcesem a że chciałbym pociągnąć od tych rodzinek jeszcze kilka kopii aby mieć
mały zapas trzymam za nie kciuki w zimowli…
Małe rodzinki. O małych rodzinkach można by napisać
oddzielny wpis ponieważ cały czas zadziwiają i zaskakują. Małe rodzinki też
chcą żyć a że są małe i nie dajemy im często szans, zazwyczaj nas zaskakują i
wbrew pszczelarzowi żyją i mają się bardzo dobrze. Pierwsza taka rodzinka która
przetrwa również od 2014 roku jest rodzina Car. Ta rodzina już w 2015 miała
kłopoty i była jedną z 4 rodzin którym nie dawałem szans… na przeżycie. Mimo to
pozbierała się i ze stanu który określiłbym jako „stanie w miejscu” w pewnym
momencie ruszyła i nadrobiła stracony czas dając jeszcze pewną ilość miodu. Do
zimy poszła średnia i jako jedyna na pasiecie P3 przeżyła zimę i ruszyła
dynamicznie z rozwojem przez co jako pierwsza i jedyna weszła w nastrój rojowy.
Udało mi się dosłownie przyjechać na pasiekę 5 s przed wyrojeniem i dzięki temu
miałem szanse dalej ją zachować u siebie… W sumie udało mi się skopiować ją 3x.
Do zimy poszła tak jak zawsze do tej pory czyli w średniej sile.Kolejną małą rodzinką z sezonu 2016 była
rodzinką która przetrwała w uliku weselnym. Wiosną widziałem, że ten ulik przeżył
ale pszczoły raczej leniwie latały i w sumie tylko pojedyncze sztuki…
Przygotowałem im pełny ul z suszem i pokarmem oraz zasiliłem pszczołami z innej
rodziny… Były naprawdę mizerne z ledwością obsiadały jedną moją ramkę i to dość
rzadko. Zostawiłem im do dyspozycji dwa korpusy z suszem i pustymi ramkami.
Wtedy założyłem, że nie ruszam tej rodzinki i nie zaglądam, niech sobie radzą
same bo ja i tak pomogłem im bardzo dużo.Kiedy otworzyłem ul końcem maja początkiem czerwca byłem bardzo zdzwiony
i nawet podejrzewałem, że na ten ul naleciała się rójka ale że matka była
znaczona nie mogłem się pomylić. Ul był pełen pszczół i czerwiu. Pszczoły miały
sporo zapasów i wyglądały naprawdę zdrowo… Gdy we wrześniu sprawdzałem
macierzak po starej matce 70 z którą wykonałem odkład i przewiozłem na pasiekę
P1 był chyba najsilniejszy na całej pasiece a z pewnością miał najwięcej
zapasów miodowych bo z wielkim wysiłkiem dźwignąłem dwa korpusy aby sprawdzić
wykarmienie.
Wystarczyły te dwa przykłady aby całkowicie zmienić zdanie o
słabych rodzinkach początkiem sezonu i są namacalnym dowodem, że w
pszczelarstwie naturalnym nie tylko siła wizualna, objętościowa rodziny liczy
się najbardziej a jednak jakaś wewnętrzna chęć przetrwania i zdrowotność małej
rodzinki. Tymczasem tworzenie czegoś małego na siłę wczesną porą uważam za
słaby pomysł i trzeba jednak starać się tworzyć rodzinki wtedy kiedy w
przyrodzie mamy już ustabilizowaną pogodę, zapewniony pożytek i masę dojrzałych
trutni w ulach.
Jak do tej pory… tylko jedna rodzinka się posypała. Była to
rodzinka bez matki przynajmniej od połowy sierpnia. Dawałem im chyba ze 2 razy
szanse czyli ramkę z jajeczkami do odciągnięcia nowej matki jednak za każdym
razem coś im się nie udawało. Reszta rodzin które poszły do zimy wygląda
przyzwoicie i powiedziałbym że lepiej niż rok temu… żeby nie zapeszać jest
dobrze i mam spore nadzieje, że wiosna okaże się łaskawa dla moich pszczół… W
przyszłym sezonie planuje dalsze podziały a intensywność dzielenia będzie
zależała od ilości rodzin które przetrwały po zimie. Przy dużej ich liczbie
będę dzielił skromnie bo na 2-3 młode rodzinki ale w przypadku małej ilości lub
powtórki sezonu poprzedniego trzeba będzie znowu nadrobić straty… chciałbym
osiągnąć liczbę około 80 rodzin w 5 różnych lokalizacjach. Dodatkowo
postanowiłem też stworzyć małą pasieczkę taką obserwacyjną przy domu na samych
kłodach bez ramek z dziką zabudową… zobaczymy co czas przyniesie i jak będzie
przebiegać zimowla…