niedziela, 17 września 2017

W kwestii karmienia rodzin pszczelich nieleczonych



Tak jak co roku moje pszczoły wymagają karmienia na zimę. Dokarmianie rodzin pszczelich końcem sierpnia i początkiem września jest normalną sprawą w gospodarce pasiecznej. Tereny pożytkowe na których znaczący dopływ nektaru czy spadzi kończy się na lipcu praktycznie rozpoczynają karmienie już koło 15 lipca uzupełniając żelazny zapas 5-6 litrami gęstego syropu a później mniejszymi dawkami na pobudzenie matek do zwiększonego czerwienia i wzrostu rodziny przed zimą. Po czym koło 20 sierpnia następuje właściwe zimowe karmienie w 2-3 dużych dawkach tak aby zalać gniazdo.
Mój teren i moje pożytki praktycznie przez cały sezon gwarantują pokarm rozwojowy czyli rodziny się rozwijają bez potrzeby dokarmiania w sezonie. Oczywiście mam na myśli rodziny normlane, produkcyjne które moją odpowiednią ilość pszczoły lotnej. Rodziny młode, które się rozwijają muszą mieć dopływ pokarmu sztucznego… Karmienie zimowe rozpoczynam zazwyczaj koło 5 wrześni i staram się uwinąć do około 20 września. Zazwyczaj różnie z tym bywa i karmienie przeciąga się do końca września. Do tej pory karmiłem przeważnie cukrem ale miałem jeden sezon z karmieniem inwertem pszenicznym.

W tym roku z racji mało sprzyjającej pogody i dużej ilości młodych rodzin karmienie zimowe rozpocząłem wcześniej bo już po 25 sierpnia. Wcześniej raz w lipcu i raz w sierpniu wszystkie młodo utworzone rodziny dostały „cienkusz” czyli rzadki pokarm cukrowy a w moim przypadku był to inwert buraczany rozcieńczony 1:1 z wodą… Taki rzadki pokarm wystarcza na uzupełnienia podstawowej ilości zapasów młodej rodzinie i daje swobodę pełnego rozwoju. Rodziny starsze nie wymagały wspomagania „cienkuszem” ponieważ same na bieżące potrzeby zbierały pokarm naturalny. 

Czy dokarmianie pszczół jest niezgodne z założeniami pszczelarstwa naturalnego…?
Organicznicy z różnych stron świata opowiadają się za naturalnym pokarmem czyli pokarmem nektarowym oraz spadziowym który musi w odpowiedniej ilości być pozostawiony rodzinie pszczelej w gnieździe na czas zimowli. Z tego co pamiętam mówią też o tym, że jeżeli przyroda nie dysponuje odpowiednią ilością pokarmu rodziny pszczele można podkarmić syropem cukrowym czy innym syropem posiadającym cukry proste i chyb jeszcze dopuszczają różnego rodzaju zakwaszania, uzdatniania syropu mikroelementami czy innymi substancjami pro-biotycznymi. Nie znam dokładnych przepisów i nie jestem w 100% pewny czy tak jest w istocie…

Podobny pogląd i ja wyznaje… chodź nie zarzekam się że nie będę zmieniał na ten temat zdania lub nie modyfikował pewnych poglądów. Na tą chwilę uważam, że do zimy lepszy jest miód niż sztuczny syrop. Można to spokojnie zapisać tak: MIÓD> MIÓD+CUKIER> CUKIER… Jest jeszcze kwestia odpowiedniego dobrania ilości tego sztucznego pokarmu tak aby nie podawać pszczołom zbyt dużo jeżeli mają spore ilości własnego miodu. Nikt też nie chce zagłodzić pszczół chodź, na pewnym etapie celowe było by selekcjonowanie pszczół na odpowiednie gospodarowanie pokarmem czyli powstrzymanie się od jesiennego czerwienia, powstrzymanie się od intensywnego rozwoju w lutym kiedy jeszcze pogoda jest mało pewna itd. Wszystko to jest ważne i wiąże się z przeżywalnościom i ogólnym przystosowaniem ale znowu pojawia się problem ludzki czyli jak właściwie ocenić odpowiednią ilość pokarmu…?  Wszelkie dodatki do syropu typu zioła, probiotyki, zakwaszanie, mikroelementy, sole na tą chwilę pozostawiam na boku bo nie stosowałem i nie umiem tego robić,  nie znam się na tym ale coraz bardziej mnie ten temat ciekawi bo może jednak ten syrop na cukrze i wodzie który jest bez życia warto zaszczepić jakimś dobrymi, sprzyjającymi pszczołom bakteriami? Zostawiam to na następny sezon… mam całą zimę aby poczytać i przekonać się do takich metod. 

W mojej współpracy z pszczołami staram się zawsze przykładać do odpowiedniego zapasu pokarmu do zimy. Nauczony doświadczeniem minionego sezonu gdzie sporo rodzin padło na przedwiośniu z głodu mimo mojej jesiennej oceny która wskazywała na dobrze wykarmione pszczoły i odpowiednią ilość, w tym sezonie postanowiłem jeszcze bardziej zwrócić uwagę na odpowiednią ilość zapasów do zimy. Przypomnę, że w tamtym roku większość rodzin zimowała na dużym udziale miodu. Podejrzewam, że był to miód spadziowy co według mnie nie ma żadnego znaczenia w zimowaniu pszczół. Ogólnie odniosłem po zimie wrażenie, że zimowanie na większym procencie miodu wymaga większej ilości zapasów. Tak jakby miód był bardziej przez pszczoły konsumowany. Oczywiście mogę się mylić ale takie miałem odczucia po zimie 2016/2017. 

Dlatego w tym sezonie chciałem zebrać trochę danych dotyczących ilości zapasu w rodzinach. Postanowiłem poważyć część rodzin przed karmieniem na zimę i po karmieniu na zimę. Udało mi się zważyć 40 rodzin przed karmieniem. Wydaje mi się, że taka grupa pomoże zebrać mi dane które będę mógł wykorzystać…  Na wiosnę po pierwszym oblocie również wykonam ważenia tak aby sprawdzić ile realnie pszczoły zużyły pokarmu przez zimę.

Dokarmianie, zakarmianie itp. to trudny temat, zwłaszcza w pszczelarstwie naturalnym. Chciałoby się aby każdy sezon był pogodowo udany i aby pożytki trwały od kwietnia do sierpnia. Wtedy i pszczelarz by dostał odpowiednią działkę miodu ale też i pszczoły zimowałyby tylko na własnym naturalnym pokarmie. Niestety jak pokazują własne doświadczenia taki sezon w naszych warunkach może się trafić raz na 5 lat… lub rzadziej dlatego trzeba zaopatrzyć pszczoły w odpowiednią ilość pokarmu a wszystko rozchodzi się ile tego pokarmu musi być aby było dobrze… potrzeba czasu i doświadczenia. Cały czas się uczę pszczół bez leczenia, w brew pozorom to całkiem inne pszczoły… 


niedziela, 27 sierpnia 2017

Udało się...?





 Sierpień kończy sezon.  Pszczoły bez leczenia tak samo jak pszczoły leczone muszą mieć wystarczającą ilość zapasów pokarmu do zimowli…. Jedyna ale za to znacząca różnica jest taka, że pszczoła bez leczenie na lokalnej genetyce potrafią ułożyć zapasy w gnieździe bez pomocy pszczelarza czyli nie potrzebują ścieśniania i ustawiania gniazd tak aby cały podany pokarm złożyły na 5-6 plastrach. Już rok temu pisałem o zimowaniu rodzin z dużym zapasem miodu w ulach korpusowych i tam dokładnie przedstawiłem różne warianty zimowli w zależności od siły rodziny. Oczywiście warto mieć na uwadze to, że pełnowartościowe rodziny i rodziny młode tworzone z 1-2 ramek czerwiu będą inaczej obsługiwane i od takich młodych rodzinek nie będziemy wymagać tego czego oczekujemy od dobrze zabranych rodzin na 2 korpusach… 

Ten sezon który praktycznie się już kończy bo został jeszcze wrzesień oby był bogaty w pyłek, przyniósł kolejne dość ciekawe doświadczenia…  Otóż okazuje się, że pszczoły bez leczenia żyją! Tak naprawdę one żyją sobie całkiem dobrze…  Wracając pamięcią do bardzo niekorzystnej wiosny w moim regionie a musze przyznać, że pasieki mam chyba w najbardziej zimnym rejonie woj. Świętokrzyskiego gdzie często zdarzają się temp. niższe o kilka stopni niż w pozostałej części województwa…  to pszczoły bez leczenia miały ciekawą przeprawę w tym sezonie. Chyba nikt, nawet największy fan naturalnego sita nie wymyśliłby dla nich tak niekorzystnych warunków.  Mam już za sobą kilka pszczelarskich sezonów i nie pamiętam tak trudnego pogodowo sezonu przy słabo nektarujących roślinach i praktycznie krótkich okresach spadziujących.  Nie mnie jednak większość moich pasiek znajduje się w lesie lub terenach przyległych do lasu więc las jest głównym źródłem pożytku dla moich pszczół i zarazem pierwotnym. Te kilka sezonów pokazało, że im dalej i głębiej w las tym lepiej dla pszczół. Im bardziej las wilgotny i zróżnicowany tym lepiej dla pszczół. Im mniej odwiedzin pszczelarza tym lepiej dla pszczół… 

 Ciemny zielony na północ od Kielc pokazuje jak wyglądała temp. u mnie wiosną. Warto zwrócić uwagę na inne obszary u nas w Kraju i porównać odchylenia. 

No cóż pszczoły i pewnie większość tak stwierdzi, potrafią sobie poradzić w pewnym okresie czasu bez pszczelarza, zwłaszcza jeśli w danym środowisku mają wystarczającą ilość pokarmu i odpowiednią ilość dni lotnych. Każdy kiedyś zapomniał lub zapomni o jakiejś rodzinie na pasiece i końcem sezonu trafiając na nią zdziwi się jak dobrze wygląda. Otóż rodziny w lesie tak właśnie wyglądają… jakby były zapomniane. Starsze które przetrwały zimę choć był naruszane bo zabierane miały czerw do tworzenia nowych rodzin radzą sobie całkiem dobrze. Takich rodzin w terenach leśnych praktycznie nie trzeba dokarmiać w okresie lipiec-sierpień…. O ile rok temu nawet na zimę wystarczyło im 4-5 kg cukru bo większość zapasów nazbierały same to w tym sezonie nadwyżki które są, niestety nie wystarczą aby obejść się bez karmienia… Już jakiś czas temu początkiem sierpnia, kiedy objeżdżałem wszystkie pasieczyska typowałem rodzinki które obejdą się bez karmienia do początku września zdziwiła mnie ich ilość. Nie jest to duża grupa bo około 15 rodzin ale na każdej praktycznie pasiece trafi się 1-2 rodzinki a czasami nawet 4-5 jak na jednym moim ulubionym pasieczysku, że zawsze te małe pszczoły mają wystarczający zapas pokarmu. Przypuszczam, że zapas ten jest stały i żelazny jeszcze z okresu tygodniowej spadzi jaka wystąpiła końcem czerwca… a każda obecna odrobina nektaru czy może jakiejś spadzi jest wykorzystywana na bieżące potrzeby… Niestety reszta czyli około 40 rodzin wygląda trochę inaczej ale wiąże się to z ich młodym pochodzeniem i rozwojem od początku czyli ciągłą pracą nad pozyskaniem pokarmu i wychowem nowych pszczół. Młode rodziny nigdy na starcie nie mają tyle pszczoły lotnej co stare rodziny dlatego gdy przyjedzie 2-3 dni z dobrymi warunkami nie są w stanie wykorzystać takiego okienka i nie zawsze zaspokoją swoje potrzeby na pokarm a przecież potrzebują dużo, bo młode matki czerwią i młodej pszczoły do karmienia przybywa. Takie rodzinki dostają ode mnie pokarm. Raz w lipcu i raz sierpniu. Rzadki pokarm w stężeniu mniejszym niż 1:1. Do takiego podkarmiania aby uzupełnić i pobudzić nie stosuje konkretnych stosunków. Wiadro inwertu buraczanego rozlewam na pół i uzupełniam wodą. Taką rzadziuchne rozlewam w dawkach 2-3l w zależności od siły młodej rodziny.  Dwie dawki dają razem 4-6 l syropu na miesiące lipiec i sierpień. Jest to ilość wystarczająca aby rodziny utworzyły nad czerwiem wianki zapasu a matka ładnie czerwiła. Oczywiście takie młode rodzinki z każdym tygodniem się powiększają i na koniec sierpnia wyglądają już całkiem sympatycznie a i loty na pożytek również są bardziej intensywne a to dlatego, że zmieniają się proporcje pszczół. Ilość młodego czerwiu do karmienia maleje a zwiększa się ilość pszczoły lotnej…
W gospodarce komercyjnej budowanie silnych rodzin zaczyna się końcem czerwca czyli cały lipiec i sierpień to czas w którym pszczelarze chcą wprowadzić młodą matkę na wysokie obroty aby rodzina urosła do bardzo dużych rozmiarów. Cześć pszczelarzy podchodzi do tematu jeszcze inaczej, odkład z macierzaka z młodą matką łączony jest na zimę ze starą rodziną aby zwiększyć siłę pszczół które wiosną wykorzystywane są na wczesnych pożytkach takich jak wierzby, klony, sady i w końcu mniszek z rzepakiem… Moje doświadczenia na moim terenie pokazują, że szczyt pożytków towarowych to okres od 20 maja do 10 lipca czyli przedział 50 dni. Dlatego pszczoły w moich pasiekach mają sporo czasu aby naturalnie bez różnych zabiegów przyśpieszających rozwój dojść do tego okresu. Inną sprawą jest to, że pszczoły bez leczenia w okresie jakim obecnie jestem nie wybuchają dynamicznym wiosennym rozwojem już od pierwszych dni wiosny a raczej powolutku zbierają się do czerwienia, często nawet długo czekają aż ruszą. Jest to całkowicie normalne bo ja nie prowadzę selekcji na dynamiczny wiosenny rozwój… ba ja w ogóle nie prowadzę selekcji na cechy komercyjne, a i już któryś sezon bazuje na swoich matkach a więc moja pszczoły to rasowe kundle.
Kundle też noszą miód i potrafią żądlić. Mają jeszcze inne zalety. Nie potrzebują leków aby przeżyć. Osobiście nie spotkałem się jeszcze z pszczołą rasową która przeżyje bez leczenia 2-3 pełne sezony. Miałem rasowe macedonki prosto z Macedonii, rasowe carnice prosto z Austrii, rasowe Buckfasty prosto od Jungelsa, rasowe AMM prosto ze Szwecji i Niemiec oraz wiele innych niby rasowych pszczół od Polskich Hodowców. Wszystko umierało… Natomiast córki po nich unasiennione z wolnego lotu przeżywały i żyją niektóre do dzisiaj. Dwie córki Macedonki żyją i chodź cały maj i czerwiec stały w miejscu i przechodziły kryzys obecnie wyglądają kwitnąco... oczywiście dla kogoś takie rodziny nie mają racji bytu bo nie przyniosły korzyści w tym sezonie. Miodu od nich nie wziąłem, nawet odkładu z nich nie zrobiłem  ale dałem im szanse na wyjście z kryzysu, który pięknie przełamały i do zimy idą w bardzo dobrej kondycji… aby za rok wiosną pokazały na co je stać. 

Patrząc na to wszystko całościowo chciałbym uznać, że mi się udało.  Po ciężkich trzech sezonach 2015,2016,2017. Po ogromnych stratach przez ten czas bo licząc straty po zimie i różne straty w trakcie sezonu jestem pewien, że około 100 rodzin nie przeszło selekcji i padło. Jestem cały czas sceptyczny chodź coraz bardziej patrzę na to z większym optymizmem niż pesymizmem jak to bywało wcześniej… Jednocześnie dla osób którym łatwo przychodzi krytykowanie, wyśmiewanie i zarzucanie kłamstwa pragnę powiedzieć, że wszystko to przychodzi po ciężkiej i systematycznej pracy oraz przy ogromnych własnych kosztach bez jakiegokolwiek wsparcia z zewnątrz. Koszty emocjonalne związane ze stratą rodzin są już na tym etapie pomijalne ale zwykłe koszty finansowe bo przecież straty w rodzinach to straty w miodzie, odbudowa i rozwój pasieki to również straty w miodzie, całe zaplecze, kompletne ule, przygotowanie miejsc pod pasieki, dojazdy, poświęcony czas itd. to ogrom pieniędzy. Warto czasami przed wydaniem oceny wziąć to pod uwagę i zastanowić się czy przeszkadzając w realizacji projektu pszczół  bez leczenia swoją negatywną opinię kierujemy w dobrym kierunku... Może lepiej swoje negatywne emocje skierować w stronę decydentów pszczelarskich w naszym kraju i ich spytać co oni robią  w sprawie pszczół radzących sobie z zagrożeniami bez leczenia, może ich spytać co zrobili przez ostatnie 35 lat, może całą swoją energię właśnie tam skierować… ? 

Podejrzewam, że wiosna 2018 nie będzie taka zła i może uda się powiększyć bazę pszczół nieleczonych na terenie całej Polski… Chciałbym aby nasz stowarzyszenie Wolne Pszczoły do 2020 roku osiągnęło liczbę przynajmniej 500 rodzin nieleczonych… Na przyszły sezon cel 300 rodzin nieleczonych uważam za bardzo realny… 

Pozdrawiam i zapraszam na kolejny wpis w którym podsumuję stan rodzin idących do zimy 2017/2018.

piątek, 28 lipca 2017

Aby do wiosny czyli czas zwijać manatki...




Już dawno nic nie pisałem na swoim blogu. Powoli zaczynam dochodzić do wniosku, że z czasem wpisy będą jeszcze rzadsze aż do naturalnego wygaszenia bloga. Zauważam, że to co chciałem przekazać, opisać już przekazałem. Ograniczę pewnie wpisy do podsumowania sezonu i otwarcia po zimowego…
…a tym czasem powiększanie pasieki a raczej jej odbudowę definitywnie zakończyłem. Wchodzę w etap łączenia i ustawiania rodzin na zimę…

No cóż, sezon bardzo dziwny i inny niż wszystkie do tej pory. Nie tylko, ze względu na pszczoły bez leczenia ale przede wszystkim na warunki pogodowe i fatalną wręcz bardzo trudną dla pszczół wiosnę. Pisałem o tym w poprzednim wpisie dość dobitnie więc nie będę znowu przywoływał tego tematu. Warunki są jakie są więc i działania musiałem dostosować do bieżącej sytuacji. W tym roku z podziałami ruszyłem późno bo końcem maja więc chyba najpóźniejsze moje podziały w historii…   Dzieliłem dość intensywnie ale racjonalnie bez szaleństw i podpalania się co do ilości. Postanowiłem, oczywiście nie było to planowane a samo wyszło w trakcie rozmyślań aby podziały przeprowadzić nie na wszystkich rodzinach które przeżyły jak robiłem to w poprzednim sezonie a na wybranej przez siebie czołówce czyli 6-8 rodzinach wiodących na pasiekach… czy to dobry pomysł to okaże się na wiosnę w roku 2018. Co do podsumowania samych podziałów i wyniku to przyjdzie jeszcze czas na szczegółowe sprawozdanie z opisem linii itd. 



Chcę natomiast przedstawić ogólny zarys zmagań i kolejne wnioski na przyszłość dla wszystkich którzy planują większe podziały i duży obrót młodymi rodzinami w trakcie praktycznie 2-3 tygodni. Pierwsze co mi się przypomina to LOGISTYKA. Planowanie i opracowywanie taktyki dzielenia rodzin oraz ich przemieszczania z pasieczyska na pasieczysko z uwzględnieniem trasy przejazdu, oszczędności czasu i paliwa oraz różnorodnego materiału genetycznego nie jest w cale takie łatwe. Zdarzało się, że łapałem się na półgodzinnych „zamyśleńcach” w ciągu dnia jak to zrobić bo w głowie układałem wszystkie zmienne i dostosowywałem do planowanych działań. Kolejny raz mogę z czystym sumieniem napisać, że doświadczenie 2-3 letnie na starcie przed rzuceniem się na głęboką wodę pszczół bez leczenia oraz zgromadzone zasoby sprzętowe są bezcenne i ratują dupę w wielu przypadkach… Ule, dennice i daszki…. oraz susz…. to waluta pszczelarza którą może naprawdę dużo zdziałać na pasiece jeśli ma na czym pracować a muszę przyznać, że moje pszczoły oczywiście nie wszystkie mają się bardzo dobrze i aż strach co będzie dalej i czy ta ich kondycja i wigor to oznaka dobrego czy złego? Pierwsze rodziny które dzieliłem należą do projektu fort knox a że straty w projekcie były dość znaczne więc i ilość rodzin do zrobienie spora. Wiadomo pierwsze koty za płoty w sezonie zawsze idą ciężko i z różnymi trudnościami. Najgorsze przy robieniu takich rodzin jest mnogość innych ramek, innych uli i różnych innych rozwiązań nie koniecznie wygodnych dla mnie jako pszczelarza…  Projekt wymaga uzupełniania strat biorcą i tak się robi. W końcu nasza mała globalna pasieka fortowa musi znowu stanąć na nogi. Wracając do wymagań sprzętowych na pasiekach. Warto mieć system przewozu młodych rodzin lub przewozu i dzielenia… Otóż ja pracuje dwoma sposobami i oba są fajne bo mają swoje zalety… 

Dzielenie na skrzynki:  czyli klasyczna metoda dzielenia rodziny na 4-6 małych odkładzików i wywózka na inne pasieczysko. Skrzyneczki  5-6 ramkowe w zależności od ramki lub mniejsze 2-3 ramkowe świetnie się sprawdzają do intensywnych podziałów. W tym sezonie nabyłem 6 skrzyneczek 3 ramkowych i jestem z nich bardzo zadowolony… Spisują się idealnie do podziałów typu podchodzę do rodziny zabieram ramkę z czerwiem w różnym wieku plus trochę pszczoły oraz dwie ramki suszu i mini odkładzik gotowy, który sam hoduje sobie matkę i rozpoczyna samodzielne bytowanie. 

Dzielenie na rozstawione skrzynki czy ule po przywiezieniu na docelowe miejsce: czyli podchodzę do rodziny w której mam mateczniki na ramkach w 9 dniu lub 14-15 i wywożę na inne pasieczysko po czym dzielę już tam na miejscu na rodzinki 2 ramkowe tak aby przynajmniej na jednej ramce był jeden matecznik. Ta metoda również dobrze się u mnie sprawdza. Dzielenie na właściwym miejscu odbywa się spokojnie z przekładaniem docelowych ramek do ustawionych wcześnie skrzynek odkładowych czy pojedynczych korpusów. 

Hodowla matek w bieżącym sezonie odbywa się również dość intensywnie ale głównie opieram się na matkach ratunkowych i tu znowu działam na dwa sposoby. Pierwszy najłatwiejszy to osierocenie sporej, dość prężnej rodziny czyli moje 2 pełne korpusy pszczół poprzez zabranie czerwiącej matki z ramką czerwiu i zrobienie małego odkładu oraz drugi sposób przetestowany w poprzednim sezonie „nalot na czerwiącą matkę” czyli lotna pszczoła nalatuje się na ul w którym jest stara czerwiąca matka a macierzak zostaje odstawiony w inne miejsce na pasiece. Przy tego typu hodowli matek ratunkowych zawsze stosuję się do podziału w określonych terminach czyli albo w 5 albo w 10 dniu od osierocenia. Wiąże się to z rozwojem matki w mateczniku. Piąty dzień od osierocenia to termin zasklepienia mateczników a dziesiąty dzień od osierocenia to czas w którym młoda matka jest już wykształcona i lada dzień będzie się wygryzać. Trzymam się tego skrupulatnie i myślę, że dzięki temu nie mam problemu z zamieraniem mateczników czy innymi uszkodzeniami podczas transportu…  Hoduje również matki na ramkach hodowlanych i w tym sezonie wykonałem dwie serie które w zupełności wystarczają na moje podziały i możliwości. Przetestowałem z drobnymi modyfikacjami sposób Kirka Webstera który przetłumaczył kolega Krzysiek na stronie wolne pszczoły… Bardzo dobry sposób na pewne odpalenie mateczników bo w rodzinie wychowującej nie ma możliwości pociągnięcia dzikich mateczników o ile wszystko wcześniej się przygotuje tak jak pisał Kirk. Podziały na matki ratunkowe czy matki z hodowli przeprowadzam wtedy kiedy w ulu do podziału nie ma już praktycznie otwartego czerwiu. Powoduje to idealną sytuację dla nowych małych rodzinek. Jako całość mogły spokojnie wykarmić i zadbać o potomstwo. Podzielone nie muszą karmić larw tylko przy własnym zapasie pozostaje im wygrzać zasklepiony czerw oraz w trakcie czekanie na unasiennienie młodej matki dozbierać pyłku i miodu na rozwój nowych pszczół. Takie małe rodzinki przy sprzyjających warunkach pożytkowych mogą nawet zalać się pokarmem, dlatego nie karmię świeżo utworzonych rodzinek tylko czekam aż nowa matka zacznie czerwić i ewentualnie jeżeli widzę braki w pokarmie mogę dokarmić. I co ważne to odpowiednia ilość ramek z suszem. Tworzone rodzinki zazwyczaj składają się z dwóch ramek z czerwiem i wiankami zapasu. Ja uzupełniam je ramkami z suszem w ilości 3-4 tak aby młoda czerwiąca matka oraz cała rodzinka miała wystarczającą ilość miejsca na czerw i zapasy. Młoda rodzina oszczędzi pewne rezerwy zapasów na rozwój na gotowych plastrach suszu które ewentualnie miejscami musi poprawić. Dopiero po jakimś czasie jak rodzinka obsiądzie pszczołami 4-6 ramek mogę podać 1-2 ramki do odbudowy. Taki system zarządzania młodymi rodzinkami pozwala na utworzenie ich większej ilości a czysty i pewny susz wspomaga całą sytuację. 

Nie mniej jednak aby to wszystko funkcjonowało jak trzeba musi być ku temu odpowiednia pogoda i odpowiednia baza pożytkowa. O ile czerwiec był miesiącem marzeń dla pszczelarza w tym roku to niestety reszta miesięcy z lipcem na czele zapiszą się jako najgorsze jakie pamiętam…  ale nie ma co narzekać tylko dalej dociągnąć rodziny do końca zakarmiania i czekać wiosny… i trzeba przyznać, że w tym roku pszczele matki unasienniały się wzorowo… z pobieżnych szacunków w tym roku unasienniło się u mnie przeszło 60 mate pszczelich z czego może tylko kilka miało jakieś problemy i nie podjęły czerwienia albo zaginęły…

piątek, 5 maja 2017

Witaj maj, piękny maj




Wiosna czyli dwa miesiące deszczu i zimna…. Podobno takie dawniej bywały wiosny? Czyli lało i wiało a zimno nie pozwalało wylatywać pszczołom z ula. To musiały być czasy dla pszczół z olbrzymią witalnością, długowiecznością i znakomitym przystosowaniem.  
Jestem ciekaw czy moje pszczoły potrafią już dostosowywać się do panujących warunków przyrodniczych i pożytkowych? To co przeżyje i uda się podzielić będzie bardzo cenne zważywszy na tak ciężkie warunki i ogólny pszczeli armagedon na terenie kraju. Dochodzą mnie słuchy i czasami ktoś zadzwoni, że „przyroda” postanowiła wyrównać rachunki i zafundowała na wielu terenach wąskie gardło pszczelarzom komercyjnym. Mianowicie spadki sięgają 70-80% co wcale mnie nie dziwi… no cóż kiedyś ten balon musiał pęknąć, a że zima była normalna a wiosna podobno zimna jak nigdy czyli jest jedną z najzimniejszych w tym stuleciu to mamy obraz słabych pszczół. Inną sprawą jest to, że od 2-3 lat obserwuję tendencję wzrostową sezonowych pszczelarzy, którzy zachwyceni możliwością posiadania pszczół w miastach rzucili się na tak piękne, hipsterskie hobby… które nie dość, że jest „cool” to jeszcze ratuje biedne pszczółki a co najważniejsze daje możliwość zarobienia dodatkowego grosza choćby na przyszłych szkoleniach kolejnych mieszczuchów nie umiejących odróżnić osy od pszczoły czy osy od szerszenia. Chwała za to wiośnie i jej bezlitosnej pogodzie…  mam na myśli odsiew „pszczelarzy” nie pszczół.

A w maju jak w garncu tak mawia stare przysłowie, bo mimo ocieplania klimatu (gdzie indziej się ociepla) u nas miesiące się przesunęły kwiecień to bardziej marzec a maj to przedłużenie marca… gdzie tam jeszcze do kwietnia z pogodą. Pomijając to wszystko i moje ironiczne marudzenie… zakładam, że chciał nie chciał podziały i rozwój pasiek musi nastąpić. Z racji mojego pesymistycznego podejścia do wielu spraw i tym razem zakładam najgorszy scenariusz czyli skromne podziały i to nie na wszystkich rodzinach…. A plany był ambitne. Miód tym razem całkowicie olewam.. 

W między czasie czyli między ulewnymi deszczami a mżawką staram się porządkować pasieczyska, segregować ramki, rozwozić ule na podziały, szykować nowe stojaki i liczyć na 2-3 dni ze słońcem w nadchodzących tygodniach. Pyłku brakuje wszędzie. Rodziny bez pyłku nie ruszą z rozwojem ani o pół ramki a śmiem twierdzić że z chęcią skurczą się o ramkę. Pomagam jak umiem czyli dokarmiam rodzinki miodem który miałem przygotowany na podobną ewentualność ale bardziej liczyłem, że wykorzystam go dla rodzin w ulikach lub odkładach. Jednak bez rodzin bazowych można zapomnieć o ulikach i odkładach. Rodziny nieleczone nie funkcjonują jak rodziny komercyjne. One nie wbijają się z czerwieniem po pierwszym muśnięciu promieniem słonecznym w wylotek już w lutym. Czekają do końca i czasami wydaje się, że rodzina po oblocie dwa miesiące później wygląda tak samo czyli wielkościowo nic się nie zmieniała a widać, że w ulu zaszły nowe zmiany, pobielone plastry, przerzucony pokarm, poukładany pyłek. Czerw w różnym wieku itd. Mimo to one czekają aż stara pszczoła zostanie wymieniona na nową bardziej witalną. I tu się obawiam, czy przy takim żywieniu bo nie oszukujmy się to nie jest idealne żywienie, praktycznie brak dostępu do świeżego nektaru, młode pszczoły będą na tyle silne aby odbudować rodzinę i stawić czoła warrozie oraz innym „dziadostwom” których nie brakuje wtedy kiedy pszczołom dobrze się nie wiedzie. Zaufaj pszczołom w głowie mi siedzi i daj im czas… 

Czas niestety nie daje czasu mi i przyroda też nie będzie czekać chodź opóźniona jest na moje oko jakieś dobre 2 tygodnie. I w tym widzę nadzieję na lepszy rozwój i tzw. pożytek rozwojowy. Ciągle czekam na wystrzelenie kolorów podczas tej wiosny i nie mogę się doczekać. Kiedy przyjdą kolory to wiem, że pszczoły już sobie poradzą. Rzepaki czekają i chodź ich niewiele to zawsze ładnie rodziny rosły na polach rzepakowych. Po rzepaku lub w trakcie były gotowe do podziału, tylko tyczy się to rodzin prowadzonych komercyjnie, byków na 3 korpusach które miały zasuwać dla swego Pana pszczelarza. W moim obecnym przypadku będę się cieszył jak końcem maja osiągną siłę 1,5-2 pełnych korpusów a ul będzie tętnił młodymi, zdrowymi pszczołami. Nie tworzę na tą chwilę taktyki podziałowej a już na pewno nie będę tworzył taktyki wychowu matek. Boję się zapeszyć… a jak przyjdzie czas to obmyślę wszystko w 1-2 dni albo po prostu pojadę na pasiekę zrobię to co zawsze robiłem, dostosuje swoje działania do zastanej  sytuacji. Według mnie w tym roku nie ma się co śpieszyć z podziałami z kilku powodów. Pierwszy i najważniejszy. Pogoda jest tak dynamiczna i tak mało przewidywalna, że nawet telefon do Jarka Kreta nic nam nie pomoże. Drugi powód to ubogie pogłowie samców pszczół czyli trutni i nie chodzi tu o liczby które też pewnie nie powalają a o „wypierdkowatość” tych już latających. Niedożywione karakany z rodzin które nie nadają się do dalszej reprodukcji czyli zbyt wcześnie, zbyt szybko, nie ten czas, nie te warunki. Trzeci powód to same młode, przyszłe matki czyli brak dopływu świeżego pyłku i nektaru a więc słabe i niemrawe aby polecieć i wrócić… Oczywiście wszystko może się udać. Wystarczy tylko trafić w pogodę.
Stan rodzin na tą chwilę oceniam jako stabilny. To co dotrwało ma potencjał aby przeżyć. Tak właśnie, przeżyć. Nie będę pisał, ze rodziny nadają się do wyjazdu na rzepak i przyniesienia przynajmniej po 20 kg miodu bo raczej mało kto prowadząc pszczoły komercyjne będzie miał takie rodziny. I tak jestem pod wrażeniem, tych rodzin które przetrwały ten 80 dniowy maraton deszczu, śniegu, mrozu i wiatru… Te co żyją wyglądają na zdrowe i chętne aby dalej się rozwijać. Nie obeszło się bez pomocy czyli zasilenia niektórych rameczką czerwiu czy pszczołami ale ważne jest to, że tą pomoc wykorzystały i dobiły do poziomu stabilnego rozwoju. Chciałoby się tylko teraz prawdziwego majowego czasu… z kwitnącymi bzami i kasztanami.