wtorek, 17 stycznia 2017

O pszczołach bez leczenia



Mam wrażenie, że temat pszczół bez leczenia nigdy nie zostanie wyczerpany, a cały czas wymaga dokładnego wyjaśniania i określania pewnych dość oczywistych i prostych zasad… Te zasady mimo, że opisane już wielokrotnie w różnych artykułach przez ostatnie dwa lata za pośrednictwem Wolnych Pszczół dalej dla niektórych wydają się ideologiczną propagandą o masakrowaniu pszczół… 

No cóż, nie wypada nic innego robić jak zacząć kolejny raz opisywać wszystko od początku i przedstawić swój punkt widzenia i swoje priorytety, które wbrew pozorom nie są wrogie dla innych pszczelarzy a mogą, i im w pewnych sprawach pszczelarskich pomóc lub zachęcić do własnych prób. No bo cóż my pszczelarze możemy więcej wiedzieć niż wiedzą same pszczoły. Naprawdę… obserwując naturalne zachowania pszczół, w ich nie skrępowanych gniazdach gdzie mogą budować jak chcą i nie muszą się martwić, że zostaną wyrabowane, i na zimę poukładane według pszczelarza można dopatrzeć się genialnych, zaplanowanych i całościowych ruchów…

Zacznijmy od najważniejszego czyli od pszczół…

Na pierwszym miejscu muszą stać pszczoły, nie pszczelarz, nie system gospodarki, nie pozyskiwane ilości miodu i innych produktów, tylko rodzina pszczelarza jako całościowy organizm który dąży do przetrwania… 

Kiedy odrzucimy ekonomię czyli priorytet zarabiania na pszczołach zrozumiemy proste zasady jakim rządzą się prawa przyrody i selekcja naturalna. Bez przyjęcia strat i odrzucenia dochodu na początkowym etapie nie będziemy w stanie pomyśleć o pszczołach inaczej niż dotychczas. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ, pszczelarze prawie zawsze chcą miodu tylko dla siebie i rodziny ale później pewne nadwyżki warto byłoby sprzedać a za zarobione pieniądze poczynić inwestycję i rozbudować pasiekę… Wszystkie te działania są jak najbardziej w porządku i w większości przypadków robiłem i robię podobnie. Jednak wszystkie te działania sprowadzają się do czynnika ekonomicznego i zbilansowania pasieki w przeciągu 1-2 sezonów. Prawie nikt nie myśli o długofalowym planie dla własnej pasieki a już naprawdę mało osób pozwoli sobie założyć w planie jeśli go mają, okresy z dużymi stratami w pszczołach i poniesionymi przez to kosztami. Takich rzeczy nigdy się przecież nie zakłada bo i po co? Pszczoły umierają leczone i umierają  nieleczone… Co jakiś czas nawet pszczoły skrupulatnie leczone zaliczają duże straty na pasiekach… kwestia tylko czasu i napiętrzenia się problemów. Mimo dużych strat i tak nic pozytywnego z tego nie wynika, ponieważ pszczelarze zazwyczaj przykładają się jeszcze bardziej do leczenia czyli kupują nowe leki, sięgają po mocniejsze środki itd. Prawie zawsze kupują nowe pszczoły, nowe lepsze matki repredukcyjne. Ponieważ okazuje się, że te co mieli do tej pory nie były dobre na ich terenie i dlatego padały jak muchy… Prawie nikt nie zastanowi się aby z tych pszczół które przeżyły wybrać kilka rodzin i rozmnożyć je na własnych matkach. Może znajdą się rodziny które żyją dłużej niż jeden sezon…? Pszczelarze piszą, że u nich rodziny żyją i żyją tak długą jak pszczelarz chce… ale zapominają dodać, że co roku lub góra co dwa lata każda rodzina ma wymienioną matkę na nową pochodzącą od lepszych pszczół czyli od nowej Rep. Niestety jest to selekcja na nieprzystosowanie…  

Wracając do prostych sprawa. Pszczoły potrzebują czystego wosku w swoim gnieździe. Gdzie znajdziemy czystszy wosk niż naturalnie zbudowany plaster przez rodzinę pszczela? Nie ma innego czystszego wosku niż wosk który pszczoły same wyprodukowały. Można przyjąć zamknięty obieg wosku u siebie w pasiece i przerabiać go na węzę lub paski węzy tak aby pszczoły mogły też część komórek stworzyć według własnego wzoru i potrzeby w danym momencie… Nie spotkałem się jeszcze z badaniem dotyczącym roli poszczególnych pszczół wygryzionych z różnej wielkości komórek w rodzinie pszczelej, a może każda jedna pszczółka która tworzy kolonię pszczelą i wygryzła się z komórki o różnej wielkości ma też różne zadania do wykonania w ulu… Czy ktoś to kiedyś badał i obserwował? Na tą chwile wiadomo tylko tyle, że komórka 5,4 mm nie jest wiodącą komórką budowaną na pszczoły robotnice a została sztucznie wprowadzona do pszczelarstwa w celach czysto ekonomicznych. Więcej na ten temat piszę tutaj: "O tym jak chciano powiększyć pszczołę" Wiadomo również, że komórka 4,9 mm i wygryzające się z niej pszczoły mają zwiększone instynkty higieniczne… Co z resztą wielkości komórek? Jakie zadania będą miały pszczoły wygryzione z komórek 4,7-4,8 mm bo i takie się zdarzają? Jakie zadanie będą mieć pszczoły wygryzione z komórek 5,0-5,2 mm? Różnorodność komórkowa w naturalnie budowanym plastrze pszczelim nie jest według mnie przypadkowa a pszczoły w danym momencie, okresie budują takie komórki jakich najwięcej potrzebują. Potwierdza to prosty przykład budowania komórek trutowych w okresie dojrzałości biologicznej rodziny pszczelej. Młode pszczoły wygryzione w czystym plastrze bez pozostałości chemicznej będą zdrowsze, będą dłużej żyć i lepiej opiekować się następnym pokoleniem pszczół. Jest to tak proste że nie da się tego inaczej rozpatrywać a kto twierdzi, że węza kupiona w sklepie nie ma najmniejszego znaczenia to srogo się myli… 

Często słyszę, że przecież pszczoły przeżyją bez leczenia 2-3 sezony bez specjalnych zabiegów a na następny sezon padną… Może dawniej tak było ale spróbuj zrobić to teraz, w tej chwili… Na wiosnę po oblocie wytypuj 5-10-15-20 rodzin i zostaw je bez leczenia w takim stanie w jakim do tej pory bytowały… traktuj je tak jak wszystkie inne rodzin w pasiece, możesz nawet wywieźć je na inne pasieczysko a jesienią tego samego roku daj znać co u nich słychać a jeśli przeżyją to podziel się o tym fakcie na wiosnę, jak się mają i czy te 2-3 sezony dalej są takie proste i oczywiste… Otóż okazuje się, że nie jest to takie łatwe a już często 6 miesięcy licząc od wiosennego oblotu bez leków jest dla takich rodzin nie do przeskoczenia… Wtedy winą obarcza się wszystko do około włącznie ze środowiskiem w którym żyją i uznaje się, że jest to rzecz niemożliwa do przeprowadzenia. Wystarczy sobie zadać wtedy proste pytanie czy dałem pszczołom szanse na przeżycie? 

Czy zapewniłem im czysty wosk? Czy pozwoliłem im na budowanie własnych plastrów? Czy ul w którym bytowały od lat nie był traktowany chemią przez wcześniejsze sezony? Czy pszczoły w tym ulu chodź ze dwa sezony miały szansę na zapoznanie się z okolicą i zetknięcie się z miejscowymi patogenami? Czy pszczoły zdążyły poznać miejscową bazę pożytkową? Czy miały szanse zimować na miodzie w którym była spadź? Czy matki zdążyły przekrzyżować się lokalnie z wolnego lotu?... a to tylko cześć pytań… 

Jeżeli na któreś z tych pytań nie będę znał odpowiedzi lub będzie to odpowiedź negatywna to mogę być pewny, że większość pszczół padnie do zimy a kolejne padną w trakcie zimowli. Jest jednak nadzieja, o ile nie obleci mnie strach, żal, rozgoryczenie i nie stchórzę…  w postanowieniu nie leczenia pszczół, że na wiosnę z tych które przeżyły będę mógł rozmnożyć pasiekę do pierwotnego stanu a co najważniejsze z pszczół które nie miały zapewnionych sprzyjających warunków wyprowadzę silniejsze, zahartowane pszczoły obeznane z okolicą, patogenami i prawdopodobnie posiadające umiejętności przydatne na danym terenie… Wtedy docenię proste i logiczne powiązania i inaczej spojrzę na pszczoły które posiadam we własnych ulach. 

Śmierć rodziny nie oznacza końca życia… w takim ulu pozostaje jeszcze masa innych stworzeń które również składają się na całość ekosystemu ulowego. Mało o tym wiemy ale z pewnością mogę stwierdzić, że wprowadzanie do ula obcej substancji zaburza, zabija i niszczy życie ulowe na różnych poziomach i na długo pozostawia negatywny ślad.  Przyroda nie pozwala na pustkę i śmierć jednych jest początkiem kolejnych. Oczywiście pszczelarzom zależy tylko i wyłącznie na przeżywaniu pszczół obojętnie jakich… promują słabe, sztuczne, nie przystosowane geny ciągłą pomocą i ratowaniem rodzin pszczeli które powinny umrzeć nie przekazując dalej swoich genów. Przy okazji umierania rodzin pszczelich, nie doszukujmy się jakiegoś klucza, czy zależności i powiązań. Zazwyczaj umierają te które nie potrafią na danym terenie „po uwolnieniu” (patrz pytania) sprostać otaczającym je zagrożeniom a mogą to być patogeny, wirusy, nadmierne ilości warrozy i różnego rodzaju inne przyczyny o których nie mamy bladego pojęcia. Jeżeli chcemy rzetelnie mówić o pszczołach bez leczenia to jak inaczej to sprawdzić niż poprzez zaprzestanie leczenia? Jest inny sposób? Warto wtedy uświadomić sobie fakt umierania i przeżywania tych które albo się nadają albo miały szczęście a nasze działania nie pogorszyły ich stanu. To nam zapewnia zazwyczaj pierwszy i drugi sezon… Każdy kolejny sezon i liczba rodzin które przeżyły będzie nam pokazywał czy się da czy się nie da na zasadach w których pszczoły żyją na czystych, własnej budowy plastrach. Bytują na danym terenie już któryś sezon. Matki unasienniają się lokalnie i żyją tak długo jak zdecydują o tym pszczoły i inne okoliczności a pszczelarz nie będzie miał na to wpływu. Reguły są proste. Pozwolić pszczołom na własne decyzje, pozwolić pszczołom na naturalne instynkty w tym podstawowy instynkt rozmnażania się aby przetrwać. Oczywiście można dopasowywać to co już wiemy i umiemy robić przy pszczołach w normalnej gospodarce pasiecznej. Przecież odpowiedni podział rodziny możemy przeprowadzić w okresie naturalnego pędu do rójki. Możemy wtedy wykonać odkład, pakiet i cokolwiek sobie wymyślimy z rodziną pszczelą w taki sposób aby odniosła wrażenie, że część roju opuściła stare miejsce i dokonał się naturalny podział.

Często podejmowana jest dyskusja na temat współistnienia Pszczół i Warrozy. Otóż przykładów na takie współistnienie w świecie jest już dość sporo a liczba pszczelarzy którzy nie leczą ciągle rośnie. Zarzuty dotyczące poszukiwania pszczoły idealnej, doskonałej są formułowane albo złośliwie albo z braku zrozumienia  czy niewiedzy na temat pszczelarstwa naturalnego czy bez leczenia. Otóż nikt nie szuka pszczół cudownych które pozwolą nam prowadzić wydajne i dochodowe pasieki na takim poziomie jak obecnie, nikt nie dąży do takich pszczół… Wszystko jest albo źle zrozumiane albo celowo przekręcane aby ośmieszyć, wykpić i zdyskredytować drugą stronę. Fakty są takie, że pszczoły i warroza sobie poradzą i wpływ jednych na drugich będzie na bezpiecznym poziomie dla pszczelarzy czyli warroza nie będzie stanowiła głównego zagrożenia. Oczywiście tak samo dzieje się w przypadku wirusów, patogenów i innych zagrożeń z którymi pszczoły się stykają i wypracowują własne zachowania obronne poprzez zwiększoną odporność jaki i inne czynniki o których jeszcze nie wiemy. Głosy ze środowiska pszczelarskiego na ten temat są różne ale przeważają poglądy, że pszczoła nie zdąży przystosować się do warrozy i okres 5-10 lat jest nierealny i zbyt krótki na wypracowanie równowagi. Jednak w przyrodzie na co dzień zachodzą takie procesy o których nie mamy pojęcia i często nie zdajemy sobie sprawy a na naszych oczach dochodzi do zmian ewolucyjnych…

Zacytuje część  wywiadu (niektórzy może już czytali) z prof. Janem Kozłowskim o tytule: „Ewolucja jak trzeba to przyspiesza”.
-Twierdzi Pan, że procesy ewolucyjne zachodzą znacznie szybciej, niż kiedyś myślano. Powszechne przekonanie jest takie, że ewolucja następuje bardzo powoli.
- Bo jest i tak, i tak.  Wyobraźmy sobie taką cechę jak rozmiar ciała. W środowisku w miarę stabilnym, w którym zmiany praktycznie nie zachodzą, dany gatunek może przez setki tysięcy lat zachowywać podobny rozmiar ciała optymalny z własnego punktu widzenia, czyli taki, który pozwala w ciągu zycia pozostawić możliwie najwięcej potomstwa.
-Jeżeli zmienią się warunki środowiska i do wydania potomstwa korzystniejsze będzie np. powiększenie ciała?
- Wtedy ewolucja przebiega bardzo szybko. Niekiedy wystarczy kilka czy kilkanaście pokoleń, co w przypadku niektórych gatunków może być krótkim odcinkiem czasu z punktu widzenia człowieka, by istotnie zmienić swój rozmiar ciała. Takie zachowania są sednem ewolucji. Ona wybiera to co jest w danym momencie najlepsze i szybko działa. A jeśli nie ma potrzeby to nawet przez miliony lat nie działa lub w znikomym zakresie.
-Czy ewolucja kieruje się myśleniem?
-Nie. Jej funkcjonowanie można w uproszczeniu porównać do ruchu samochodowego w zakorkowanym mieście. Na ogół samochód stoi na światłach lub porusza się ślamazarnie, ale od czasu do czasu przyśpieszy, pokonując w krótkim czasie dłuższy odcinek. Średnia wychodzi niska. Sporo można podać przykładów ewolucji zachodzącej na naszych oczach.
- Na przykład?
- Mamy powrót wszawicy w szkołach, chodź wydawałoby się, że wszy zostały wytępione.
- Dlaczego wróciły?
- Bo uodporniły się na środki owadobójcze. Inny przykład: najlepsze hotele na całym świecie mają problem z pluskwami. Przyczyna jest taka sama. Przeżyły takie odmiany wszy czy pluskiew, których nie niszczą dotychczasowe środki owadobójcze. Od pewnego czasu mamy natomiast wielki problem z tzw. opornością bakterii na antybiotyki. Najłatwiej zarazić się w szpitalach. Tam stosuje się najwięcej antybiotyków, w efekcie czego bakterie, np. gronkowca złocistego, nie reagują na żadne antybiotyki. Analogicznie jest z gruźlicą która po kilkudziesięciu latach wróciła i jest oporna na antybiotyki.(…)”

To tylko fragment wywiadu dlatego proponuje zapoznać się z całością a najlepiej poczytać inne teksty profesora. Nie będę wyciągał wniosków z tego krótkiego fragmentu wywiadu ale niech każdy sam zinterpretuje go tak jak uważa. Czasami warto dopuścić do głowy myśl, że obok nas dzieje się coś naprawdę dużego, i że pewne zmiany zachodzą bez naszej świadomości.

Ostatnio znowu przeczytałem ciekawostkę która pasuje do tematu ewolucyjnego przyśpieszenia. Otóż australijscy specjaliści z University of Notre Dame w Sydney odkryli, że papugi mają dłuższe skrzydła. W przeciągu 45 lat skrzydła papug z gatunku rozella czarnogłowa wydłużyły się średnio o 4-5 centymetrów. Uważają, że spowodowane jest to globalnym ociepleniem.
„Gdy jest wyższa temperatura powietrza, kończyny zwierząt stają się większe. Pomaga to ptakom usuwać do otoczenia nadmiar ciepła z organizmu. Dzięki temu gatunek ma większe szanse na przetrwanie, pomimo zmieniających się warunków zewnętrznych.”

 Dlatego zachęcam wszystkich do opisywania swoich poczynań z pszczołami. Ja lubię używać słowa „współpracy” z pszczołami bo coraz bardziej podoba mi się wizja pszczelarstwa z doskoku czyli pszczoły żyją na dziko a ja tylko przeszkadzam im co jakiś czas. Pasożytnictwo jakoś mi nie pasuje ;)

czwartek, 8 grudnia 2016

Pasieka Łapa eh… pewnie kłamie i oszukuje….



Ostatnio jeden z użytkowników forum Wolne Pszczoły wkleił posta w którym zażartował że: 

„Lukasz kraza juz widze plotki, ze pasieka lapa juz kilka razy nie leczyl, wszystko padalo, odnawial i tak wkolko juz kilka lat temu. Hehe” 


Oczywiście, zaraz w głowie zaświeca mi się „żarówka” czy warto to dementować? Czy warto wchodzić w dyskusję z ludźmi których nie znam i nigdy nie miałem okazji poznać. Pewnie to normalni i ciekawi pszczelarstwa ludzie, szukający innych metod, innych rozwiązań, innego spojrzenia na sprawę a  tylko dostali złe informacje…? ale znowu wraca do mnie ta „żarówka”…. Kurcze przecież tylko winny się tłumaczy hehe…  wybuchnąłem śmiechem i śmiałem się dość długo… bo nigdy w życiu nie spodziewałbym się plotek na swój temat powiązanych z pszczołami… zwłaszcza, że na blogu praktycznie już od 4 lat umieszczam na bieżąco informacje…

Otóż z Fb korzystam bardzo rzadko a jako platforma do dyskusji jest dla mnie całkowicie nie do przyjęcia… z chęcią mógłbym o tym wszystkim opowiedzieć przy kawie, przy kawie z czymś słodkim… przy „bimbusze” (ostatnio częste słowo na WP) itd. Nawet u mnie na pasiece co oczywiście proponuje już w maju… przy śpiewie ptaków, i dźwięcznym bzykaniu pszczółek…
Pokaże to co mam, i w jakim będzie stanie, bez oszukiwania i kłamania jak mi niektórzy już zdążyli to zarzucić, może nie wprost… ale między wierszami idzie wyczytać o co chodzi…
Otóż wykładając kawę na ławę… pszczelarze dość krótko bo od 2011 roku w pasiece własnej. W 2009 roku miałem już kontakt z pasieką i ulami ale byłem tylko obserwatorem, bardziej zbierałem i zapamiętywałem wzrokowo niż praktycznie żonglując ramkami. Nie mam tradycji rodzinnych pszczelarskich, chodź wszystko zaczęło się od dziadka mojej żony, czyli wychodzi na to że od żony… :)

Otóż pierwsze lata własnej pasiecznej współpracy z pszczołami to typowe działania nowicjusza… tylko 2-3 ule,  góra 5 i koniec, nic więcej a miód na własne i rodziny potrzeby… 

Oczywiście jak u każdego plany te uległy zmianom i z każdym rokiem pojawiały się kolejne ule, nowe miejsca pod pasieki itd. 

Początki mojego kontaktu z pszczołami to stosowanie się do zaleceń starszych kolegów, bardziej doświadczonych. Wykonywałem z wielką dokładnością ich zalecenia oraz wszelkie uwagi starałem się przenosić na swoje pszczoły w pasiece. Oczywiście spłynęła na mnie również zalecana walka z głównym wrogiem pszczelarzy, roztoczem Warrozą… Walczyłem z nią książkowo tak jak przystało na pszczelarza czyli stosowałem akarycydy a dokładnie spalałem tabletki z amitrazą. Już teraz nie zbyt dokładnie pamiętam w jakim układzie to spalanie się odbywało ale chyba odprawiałem popularny zabieg 4x4 jaki w tamtym czasie był zalecany…. Niestety już wtedy na forach mówiło się o dużym problemie Varrozy i dużych spadkach rodzin nawet w trakcie sezonu… Rok 2011 zakończyłem z tego co pamiętam z ilością 7 rodzin.

Rok 2012 okazał się przełomowy w moim pojmowaniu pszczół, pszczelarstwa i całości związanej z leczeniem, wtedy pierwszy raz miałem okazje obserwować jak moje pszczoły słabną w sezonie mimo odprawionego rytuału leczniczego… Do zimy doprowadziłem kilkanaście rodzin (około 18-20) ale wiedziałem, że nie są w idealnej kondycji więc przez zimę obmyślałem plan pomocy rodzinom na następny nadchodzący sezon… Całą zimę szukałem informacji dotyczących warrozy, odporności pszczół, systemów gospodarki która pozwoliła by przeżyć moim pszczołom i dać możliwość podbierania miodu… Natrafiłem na pszczołę Elgon ze Szwecji…  Informacji było bardzo dużo ale jeszcze nie potrafiłem wszystkiego dokładnie przetworzyć aby móc to spożytkować na swoich pszczoła… Wtedy wpadła do mnie mała komórka, czysty własny wosk i pszczoły radzące sobie z V. oraz tymol lek pochodzenia naturalnego który według mnie okazał się najłagodniejszym lekiem który mogłem użyć aby ograniczyć warrozę w rodzinach pszczelich a jednocześnie za bardzo nie zaszkodzić samym pszczołom. Wtedy myślałem, że znalazłem to co chciałem… Po zimie 2012/2013 poniosłem duże straty i na wiosnę zostałem chyba z 11 rodzinami. Już wtedy sobie uświadomiłem, że mimo leczenia pszczoły umierają. W sezonie starałem się odrobić straty. Zrobiłem sporo nowych rodzin, dokupiłem 4 pakiety i złapałem roje. Do zimy doprowadziłem około 25 rodzin… 

Sezon 2014 rozpocząłem z 24 rodzinami. Zacząłem wdrażać do pasieki nowe pszczoły, nowe geny radzące sobie z warrozą, małą komórkę i cały system Dee Lusby… W sezonie a był to bardzo udany rok powiększyłem pasiekę, która w szczytowym momencie liczyła 40 rodzin pszczelich. Nauczony i przekonany o tym, że siła rodziny jest gwarantem sukcesu przed zakarmieniem  połączyłem słabsze rodzin i do zimy poszło 33 pszczele kolonie… Był to również ważny rok bo wtedy postanowiliśmy zapoczątkować grupę pszczelarstwa naturalnego, która przekształciła się na wiosnę w Stowarzyszenie Pszczelarstwa Naturalnego Wolne Pszczoły… Było to dokładnie 2 lata temu bo grupa zawiązała się 2 grudnia 2014 roku… 

Po zimie 2014/2015 do oblotu zameldowało się 31 rodzin i wszystko nabrało innego rozpędu co z resztą widać jak na dłoni po moich wpisach na blogu… Analizując wszystkie wpisy od początku powstania bloga można odszukać informację jak to wszystko przebiegało, jak zmieniały się moje poglądy na spraw pszczelarskie, jak odmieniały się priorytety itd. Nic nie zmieniam a wszystko pozostaje w takim stanie jakim było pierwotnie aby można było zobaczyć prawdziwy etap przejścia do pszczół bez leczenia…

Dlatego rok 2014 okazał się ostatnim rokiem w którym użyłem na młodych rodzinach 4-5 g tymolu…

Zmiarkowałem się, że podobny wpis już poczyniłem na blogu o tutaj: Rachunek sumienia                  ale postaram się ten wpis zamieścić aby informacja była klarowna...i uczciwa. 

Szczęście i same pszczoły chciały,  że z tego okresu zostały 3 rodziny o których już wspominałem we wcześniejszych wpisach. Dodatkowo nie tylko przetrwane rodziny zapewniły ciągłość danych linii ale również setki jak nie tysiące wydanych trutni z rodzin które miałem na pasiekach a pozwalałem na wyprowadzanie bardzo dużych ilości trutni, ponieważ nie wycinam czerwiu trutowego a w okresie unasienniań celowo rodzinom dodawałem ramki trutowe. Dlatego okolica została dostatecznie nasycona trutniami pochodzącymi z moich pasiek.

Podsumowując 

Pasiece Łapa jeszcze nie przytrafiło się aby wszystko padło… chodź nie wykluczam, że taki czas kiedyś może nadejść i odpowiadając na kolejny zarzut, „że pewnie zaczyna wszystko od początku”… to muszę jasno napisać, że nawet jakby mi pasieka całkowicie padła to dzięki Stowarzyszeniu „Wolne Pszczoły” zaczynanie od początku nie będzie miało miejsca bo koledzy wspomogą, każdego  członka rodzinami nieleczonymi….


Tak wyglądał cykl  życia i śmierci pszczół u mnie na pasiekach. Kolor czerwony to okres akarcydowy, kolor niebieski to okres tymolowy, kolor zielony to okres bez leczenia w nawiasach straty rodzin… 

2011 - 7
2012 – 7/20 (9)
2013 – 11/25 (1)
2014 – 24/33 (2)
2015  31/61 (51)
2016 10/47
2017 ?/? 

Na koniec jeszcze zaznaczę, że ilości rodzin mogą nie być w 100% dokładne i różnić się na zasadzie +/- jedna rodzina… dokładniejsze dane i bardziej szczegółowe odnośnie rodzin znajdują się w starszych wpisach na blogu.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Zaczynamy zimę...



Chyba ostatnie ciepłe dnie przed miesiącami zimowej pogody właśnie przeminęły. Rodzinki które dokonały oblotów skorzystały z pogody aby ostatni raz przed wiosennym rozbudzeniem rozprostować skrzydełka, oczyścić się a może i nawet posprzątać sobie w ulu. Niestety nie mogłem być na wszystkich pasiekach ale zakładam, że tam gdzie słońce ogrzało ścianki ula pszczoły zrobiły obloty. Wykluczam tylko pasiekę w lesie, tam słońce o tej porze roku prawie w cale nie dochodzi a jak rzuci promienie na ścianki to i tak temperatura nie pozwala na opuszczenie przez pszczoły uli. Miejsce tej pasieki jest najbardziej „zimne” czyli pszczoły najwcześniej tam kończą czerwienie a wiosną najpóźniej ruszają z rozwojem. W sumie cieszy mnie taki stan i chyba tak to powinno wyglądać w naturalnych siedliskach leśnych pszczół. Długa przerwa w czerwienia jest dla pszczół korzystna i to nie tylko ze względu na ograniczony dostęp Varroa do czerwiu pszczelego ale również dla kondycji samych pszczół. Młode pszczoły nie musiały karmić dodatkowego czerwiu, miały więcej czasu na prawidłowe odżywienie własnego organizmu. 

W lesie stacjonuje 9 rodzin o różnych genach. Mam tam fajne połączenie rodzin. Dwie stare rodziny z linii „żółtej” która pochodzi od buckfasta i 3 młode rodziny z matkami córkami. Są tam jeszcze AMM oraz matki córki po P8 o pochodzeniu primorskim… Czyli w sumie 3 całkiem różne linie pszczół. Co prawda wszystkie te matki są już przekrzyżowane miejscowo bo niektóre już są F3 i F4 ale jednak mają różne pochodzenia. Do wiosny w lesie jeszcze daleko bo pierwsze takie loty po pyłek rozpoczynają się zazwyczaj w połowie kwietnia… a więc i rozwój wtedy rusza na całego. Prawdopodobnie przerwa w czerwieniu spokojnie wyniesie około 6 miesięcy… Zauważyłem, że z każdym przekrzyżowaniem, każdym zmieszańcowaniem lokalnym i nastąpieniem kolejnego pokolenia pszczół rodziny te dostosowują się do warunków w jakich bytują w bardziej optymalny sposób niż dotychczas to wyglądało na pszczołach komercyjnych a zwłaszcza tych o intensywnym czerwieniu. Rodzinki takie potrafią ograniczyć czerwienie, zmniejszyć się ilościowo i dzięki temu zebrać odpowiednie ilości pokarmu we własnym zakresie bez pomocy cukrowej pszczelarza… Podejrzewam, że proces ten będzie postępował i pszczoły coraz lepiej będą reagować na warunki środowiskowe do tego stopnia, że będą potrafiły przewidzieć okresy głodu w trakcie sezonu lub po prostu przetrwać na ograniczonych zasobach. Zobaczymy w którą to stronę będzie podążać. Nie zakładałem, że przysłowiowe „skundlenie” tak szybko będzie następować i odkrywać coraz to bardziej ciekawe zachowania pszczół. Co ciekawe, zdecydowanie stwierdzam większe ilości kitu w gniazdach pszczół, może to zapowiedź srogiej zimy i taki „rok” ale podciągnąłbym to bardziej pod uaktywnienie się pierwotnych instynktów radzenia sobie z patogenami i innym zagrożeniami zewnętrznymi. Chodź z drugiej strony bardzo rojny rok też może oznaczać srogą zimę i przetrzebienie populacji. W mojej krótkiej historii pszczelarzenia nie doświadczyłem jeszcze tak rojnego sezonu jak ten. Bardzo duże ilości zgłoszeń o pszczołach muszą w pewnym stopniu wskazywać na obecność jakiejś dzikiej populacji miejskiej… ? Dlaczego miejskiej? A no dlatego, że większość czyli jakieś 90% zgłoszeń to tereny miejskie a w tym pustostany, zakrzaczenia itd. Do obserwacji zostawiłem 3 rodziny z którymi nie poradziłbym sobie w prosty i łatwy sposób bez strat w pszczołach. Pozostały tam gdzie je zastałem a że nie przeszkadzały nikomu więc prawdopodobnie przetrwają zimę i na przyszły rok znowu wydadzą roje. Bardzo mnie to ucieszyło i będę oczekiwał aby zobaczyć te pszczoły już wiosną w lotach za pyłkiem. 

Co mi się jeszcze przypomina po sezonie?

Będę chciał zapisać to, na co zwróciłem uwagę lub gdzieś mi w sezonie przemknęło.
Matki pszczele. Tak w tym sezonie miałem z nim spory kłopot. Nie robiłem dużo i dużych serii bo zliczając jeszcze jakieś próbne może wyszłoby tego około 6 poddań do rodzin wychowujących. Mówię zdecydowanie o matkach które chciałem wychować celowo z przełożonych larw itd. Chciałbym to zrzucić na błędy własne, czyli źle przełożone larwy itd. ale nie mogę tego zrobić ponieważ przekładam już jakiś czas i w poprzednich sezonach nie miałem takich problemów. Praktycznie z każdą serią były jakieś kłopoty. Najgorsze było to, że pszczoły mimo osierocenia i tak nie chciały ciągnąc mateczników na obcych larwach w miseczkach matecznikowych. Pierwsze dwie serie nie wypaliły w całości… dosłownie zero odpalonych mateczników. Kolejne też nie było rewelacji bo z 20-22 poddanych larw zostawało do zasklepienia mateczników od 2 do 12… dziwny sezon lub pszczoły ewidentnie nie chciały odchowywać obcych larw. Za to matki utworzone przez pszczoły z mateczników rojowych (tych wykorzystałem góra 5) i większość z mateczników ratunkowych unasieniały się prawie w 100%... ot pszczoły pokazały jak to się robi… Nie mniej jednak będę dalej starał się hodować matki bo w sezonie są na wagę złota a ich nadmiar nigdy nam nie zbywa bo byle ramka z pszczołami i trochę pokarmu tworzy nową mikro rodzinkę którą na koniec sezonu możemy zagospodarować jak chcemy. W tym sezonie nie uruchomiłem seryjnych ulików weselnych z racji małej ilości pszczół z wiosny i dużych podziału. Miałem utworzone 4 ulik tylko które funkcjonowały jako koło zapasowe a nie cykliczna produkcja unasiennionych matek… Na przyszły sezon będę chciał to zmienić o ile zimowla i wiosenny oblot pokarzą, że się da a chętnych na matki raczej nie zabraknie…

Lina żółta. Wrócę do tych pszczół bo mam dwie córki siostry które prawdopodobnie pochodzą od jednej matki (90%). To są te pszczoły które stacjonują w lesie. Już od wiosny pokazały swoją wartość i chęć przetrwania. Mimo kłopotów z kuną ta jedna malutka rodzinka dźwignęła się i pięknie poszła w rozwój. Udało mi się od nich w sumie wykonać  7 nowych rodzinek z czego jedna poszła do kolegi Mariusza w ramach fort knox. Byłem zadowolony z rozwoju młodych rodzin ponieważ przeważnie wykazywały identyczne cechy przy obsłudze jak rodziny wyjściowe czyli ładnie zwarcie czerwiły, chętnie budowały nowe plastry, znosiły bardzo dużo pyłku i były łagodne. Na marginesie są to najłagodniejsze pszczoły w mojej pasiece. Będę je obserwował w nadchodzącym sezonie i liczę na przeżycie rodzin matecznych L1 i L2 ponieważ matką stuknie 4 sezon życia co również będzie bardzo fajnym małym sukcesem a że chciałbym pociągnąć od tych rodzinek jeszcze kilka kopii aby mieć mały zapas trzymam za nie kciuki w zimowli… 

Małe rodzinki. O małych rodzinkach można by napisać oddzielny wpis ponieważ cały czas zadziwiają i zaskakują. Małe rodzinki też chcą żyć a że są małe i nie dajemy im często szans, zazwyczaj nas zaskakują i wbrew pszczelarzowi żyją i mają się bardzo dobrze. Pierwsza taka rodzinka która przetrwa również od 2014 roku jest rodzina Car. Ta rodzina już w 2015 miała kłopoty i była jedną z 4 rodzin którym nie dawałem szans… na przeżycie. Mimo to pozbierała się i ze stanu który określiłbym jako „stanie w miejscu” w pewnym momencie ruszyła i nadrobiła stracony czas dając jeszcze pewną ilość miodu. Do zimy poszła średnia i jako jedyna na pasiecie P3 przeżyła zimę i ruszyła dynamicznie z rozwojem przez co jako pierwsza i jedyna weszła w nastrój rojowy. Udało mi się dosłownie przyjechać na pasiekę 5 s przed wyrojeniem i dzięki temu miałem szanse dalej ją zachować u siebie… W sumie udało mi się skopiować ją 3x. Do zimy poszła tak jak zawsze do tej pory czyli w średniej sile.  Kolejną małą rodzinką z sezonu 2016 była rodzinką która przetrwała w uliku weselnym. Wiosną widziałem, że ten ulik przeżył ale pszczoły raczej leniwie latały i w sumie tylko pojedyncze sztuki… Przygotowałem im pełny ul z suszem i pokarmem oraz zasiliłem pszczołami z innej rodziny… Były naprawdę mizerne z ledwością obsiadały jedną moją ramkę i to dość rzadko. Zostawiłem im do dyspozycji dwa korpusy z suszem i pustymi ramkami. Wtedy założyłem, że nie ruszam tej rodzinki i nie zaglądam, niech sobie radzą same bo ja i tak pomogłem im bardzo dużo.  Kiedy otworzyłem ul końcem maja początkiem czerwca byłem bardzo zdzwiony i nawet podejrzewałem, że na ten ul naleciała się rójka ale że matka była znaczona nie mogłem się pomylić. Ul był pełen pszczół i czerwiu. Pszczoły miały sporo zapasów i wyglądały naprawdę zdrowo… Gdy we wrześniu sprawdzałem macierzak po starej matce 70 z którą wykonałem odkład i przewiozłem na pasiekę P1 był chyba najsilniejszy na całej pasiece a z pewnością miał najwięcej zapasów miodowych bo z wielkim wysiłkiem dźwignąłem dwa korpusy aby sprawdzić wykarmienie.
Wystarczyły te dwa przykłady aby całkowicie zmienić zdanie o słabych rodzinkach początkiem sezonu i są namacalnym dowodem, że w pszczelarstwie naturalnym nie tylko siła wizualna, objętościowa rodziny liczy się najbardziej a jednak jakaś wewnętrzna chęć przetrwania i zdrowotność małej rodzinki. Tymczasem tworzenie czegoś małego na siłę wczesną porą uważam za słaby pomysł i trzeba jednak starać się tworzyć rodzinki wtedy kiedy w przyrodzie mamy już ustabilizowaną pogodę, zapewniony pożytek i masę dojrzałych trutni w ulach. 

Jak do tej pory… tylko jedna rodzinka się posypała. Była to rodzinka bez matki przynajmniej od połowy sierpnia. Dawałem im chyba ze 2 razy szanse czyli ramkę z jajeczkami do odciągnięcia nowej matki jednak za każdym razem coś im się nie udawało. Reszta rodzin które poszły do zimy wygląda przyzwoicie i powiedziałbym że lepiej niż rok temu… żeby nie zapeszać jest dobrze i mam spore nadzieje, że wiosna okaże się łaskawa dla moich pszczół… W przyszłym sezonie planuje dalsze podziały a intensywność dzielenia będzie zależała od ilości rodzin które przetrwały po zimie. Przy dużej ich liczbie będę dzielił skromnie bo na 2-3 młode rodzinki ale w przypadku małej ilości lub powtórki sezonu poprzedniego trzeba będzie znowu nadrobić straty… chciałbym osiągnąć liczbę około 80 rodzin w 5 różnych lokalizacjach. Dodatkowo postanowiłem też stworzyć małą pasieczkę taką obserwacyjną przy domu na samych kłodach bez ramek z dziką zabudową… zobaczymy co czas przyniesie i jak będzie przebiegać zimowla…

czwartek, 22 września 2016

Pszczoły kończą sezon…




Z nastaniem chłodniejszych dni pszczoły dostały chwilę przerwy od pracy na pożytkach. W ulu, pewnie trwa układanie pokarmu bliżej resztek czerwiu oraz magazynowanie nad głową w miejscu uwiązania kłębu zimowego. W tym sezonie wszystko wygląda jakby troszkę inaczej niż zwykle. Rodzinki są mniejsze, wyglądają na zdrowe, szacowanie V. za pomocą CO2 nie wykazało dużych porażeń rodzin roztoczami. Większość rodzin zadowala otrzymanymi wynikami. Daje bardzo duże nadzieje na dobry kierunek współpracy z pszczołami..

W komercyjnych pasiekach okres ten wykorzystywany jest na leczenie lub przygotowywanie do leczenia lub inne manipulację w stylu odejmowania plastrów na zimę, zwężania, ocieplania itd. U mnie pszczoły zimują w układzie jaki same sobie stworzyły czyli na takiej liczbie ramek na jakiej bytowały przez cały sezon… Przy tak pozostawionym gnieździe często na 2-3 korpusach zarysowuje się mądry mechanizm rodzin pszczelich. W górnym korpusie w którym czasami jest 10-12 ramek pszczoły wbrew obiegowym opinią nie rozrzucają pokarmu na wszystkich ramkach po trochu. Wybierają, według ich własnego klucza 6-8 ramek na których o tej porze głównie bytują i w naturalny sposób odcinają część ramek które nie będą im potrzebne w czasie zimowli. Dziwna a może normalna sprawa ale wcześniej nie widziałem takich zachowań. Odcięcie tej części zimowej jest wyraźne gdyż widać w jaki sposób pszczoły magazynują pokarm. Ostatnia ramka części gniazdowej prawie zawsze jest zalana w 90-100% zasklepionym miodem. Czasami będzie to tylko jedna strona skierowana do gniazda… Ten naturalny wybór pozycji zimowego gniazda w korpusie na 12 ramkach od razu rzuca się w oczy po zdjęciu daszka. Czerwienie w rodzinach również ustaje lub całkowicie się zatrzymało. Można dostrzec jeszcze jajeczka i czerw zasklepiony na wygryzieniu ale jest całkowity brak czerwiu otwartego w przynajmniej 70% rodzinach na pasiekach… tylko nieliczne młode matki o „żółtych” charakterach próbują dalej czerwić i pszczoły odchowują powstałe larwy. Jednak spora część „żółtych” linii po „skundleniu” czyli w 2,3 pokoleniu przystosowuje się do panujących warunków i również ogranicza nadmiar czerwienia a rodzina skupia się na zapasach zimowych nie czekając na pszczelarza. Jest to tak prosta zależność, że wcześniej jakoś tego nie dostrzegałem. Brak młodych pszczół w postaci larw do wykarmienia skutkuje większymi zapasami do zimy i zdrową, młodą, wykarmioną pszczołą która nie musi spracowywać się przy wychowie kolejnego pokolenia czerwiu. 




Mimo, że sezon nie był wyjątkowo wybitny a raczej umiarkowany, normalny to jednak pszczoły potrafiły dozbierać pokarmu tak aby praktycznie bez dokarmiania pójść do zimy a przecież jeszcze jest czas na ewentualne dozbieranie z jesiennych pożytków. Trzeba również zaznaczyć, że większość to młode rodziny które startowały w połowie czerwca. Warto o tym napisać aby móc podejść do tematu TF rzetelnie i przedstawić jak to w praktyce i w naszych realiach będzie mogło wyglądać czyli jak zwykle chodzi o ekonomiczny aspekt zysku i strat. Jeżeli by ktoś chciał to bilansować i kręcić się w okolicach „0” z lekkim „+” to według mnie będzie to jak najbardziej możliwe po wstępnym etapie głównego załamania które pewnie czeka każdego zmierzającego do pszczół TF…



Obecnie jestem na etapie dokarmiania niektórych rodzin na poszczególnych pasiekach. Z tego co zdążyłem się zorientować dokarmianie praktycznie ominie dwie pasieki ponieważ rodziny mają dość spore zapasy miodowe a ewentualne dawki syropu cukrowego dostaną końcem września. Na tą chwilę dokarmiam dwie pasieki z czego jedna musi dostać około 6-8 litrów syropu cukrowego na rodzinę a druga jakieś 4-6 l na rodzinę. Omijając całe to liczenie mogę przyjąć 5 kg cukru na rodzinę. Do zimy doprowadziłem finalnie 46 rodzin plus dwa uliki. Licząc 46x 5 kg = 230 kg cukru. Taka ilość cukru starczy mi na wszystkie pasieki. Cena za taki pakiet cukru to jakieś 700 zł. I jest to największy wydatek w ciągu sezonu jaki trzeba ponieść przy pszczołach utrzymywanych TF… Oczywiście można  doliczyć do tego ramki, ule, przewozy itp. ale na etapie mojej przygody z pszczołami mam to już dawno zbilansowane a nadwyżki zainwestowane w sprzęt co również jest zyskiem a nie stratą… Dlatego w miarę łatwo byłoby zbilansować te 700 zł które możemy zaokrąglić do 1000 zł aby ładniej to wyglądało… Słoik miodu 0,9 l kosztuje około 30-50 zł w zależności od regionu, odmiany miodu, własnej marki itd. Przyjmijmy 40 zł. Dalej 1 kg wosku w klasie pierwszej wacha się obecnie na rynku w granicach 30-50 zł/kg. Przyjmijmy 40 zł. Mamy prosty rachunek aby zbilansować tego „tysiaka” potrzebujemy 25 słoiczków miodu lub 25 kg wosku… o ile sprawa z miodem wydaje się łatwiejsza to wosku po jednym sezonie przy takiej ilości raczej nie jesteśmy w stanie tyle uzbierać. Miodu natomiast ten słoiczek 0,9 l jesteśmy w stanie średnio z każdej rodziny wyciągnąć czyli na przykładzie mojej pasieki te 50 słoiczków powinno być osiągalne i do zrealizowania. Do tego dochodzi nam wosk. Tak jak pisałem w sezonie jesteśmy w stanie z każdej rodziny wyciągnąć 200-300 g wosku czyli finalnie około 10 kg. Dalej możemy odchować pewną ilość matek i przeznaczyć je na sprzedaży…  Tak więc jak widać jeśli dopisze nam trochę szczęści, pszczoły załapią optymalną dla siebie stabilność przy gospodarce TF to sprawa opłacalności lub wychodzenia na „0” robi się całkiem realna i taka jest…  Z czasem według mnie wraz ze wzrostem doświadczenia może być tylko lepiej a trzeba brać pod uwagę dodatkowy czynnik czyli wartość produktów pochodzących od pszczół TF które budują własne plastry, nie mają wymuszonego kontaktu ze środkami chemicznymi i nikt ich na siłę nie goni cukrem, będzie wzrastać i cena za poszczególne dobra będzie lub już jest wyższa o jakieś 30-50% niż tych samych produktów pszczelich oferowanych ze źródeł komercyjnych… Biorąc pod uwagę jeszcze ograniczoną ingerencję, mniejsze nakłady pracy itd. cały obraz wygląda dość zachęcająco i pozytywnie… Trzeba tylko pamiętać o długofalowym celu pszczół bez leczenia i możliwych potknięciach po drodze…